niedziela, 1 marca 2015

ROZDZIAŁ 25-,, Wyglądam jak Król Julian?"

Grudzień rozpieszcza wszystkich nadzwyczaj słoneczną pogodą. Doskonałą na długie spacery pod ciepłym ramieniem ukochanej osoby. Jednak niekażdemu jest dane korzystać z tych przywilejów. Sophie biegała po domu z odkurzaczem, chcąc posprzątać w mieszkaniu. Odkładała to już długo i wreszcie znalazła wolną chwilę. Właśnie walczyła z pokojem dziennym, zgrabnie przemykając między meblami. Tymczasem Mario siedział na kanapie z wyciągniętymi nogami na stoliku. Uważnie obserwował najmniejszy ruch blondynki, jakby było to najciekawsze zajęcie na świecie.
- Może jeszcze piwko podać?- zapytała z wyrzutem. Brunet leniuchował w najlepsze, gdy ona ogarynała bałagan, który wspólnie stworzyli.
- Od piwa brzuszek rośnie.- odsłonił koszulkę, pokazując idealnie wyrzeźbioną klatkę piersiową i brzuch- Ja wytarłem kurze.- podniósł recę ku górze w geście obronnym. Zielonooka pokręciła głową z niedowierzenia, po czym powróciła do wcześniejszej czynności.
,,I nie zastanawiaj się,
chcę, żebyś zaskakiwał mnie."

Niespodziewanie odkurzacz przestał hałasować, co oznaczało, że został wyłączony. Blondynka ujrzała sprawcę całego zajścia. Kto mógł jej przeszkadzać? Oczywiście, że Goetze.
- Nudzisz się?- zapytała, opierając się o rurę od odkurzacza.
- Trochę.- westchnął, po czym znalazł się przy pannie Weidenfeller- Strasznie mnie kusisz w tej kitce.- powiedział, przygryzając jej płatek ucha.
- Co ty nie powiesz?- uniosła brwi, wbijając się w jego usta. Potrafił w ułamku sekundy sprawić, że zapominała o całym świecie i pragnęła tylko jego. Jakie porządki? Para zaczęła obdarowywać się coraz zachłanniejszymi pocałunkami. Ich oddechy przyśpieszyły. Osiemnastolatka popchnęła Niemca na kanapę i zaraz znalazła się na nim. Jednak nie trawało to długo, ponieważ brunet szybko znalazł się nad dziewczyną. Zielonooka pomogła mu pozbyć się T-shirtu, by móc napawać się widokiem jego ciała. W tej chwili telefon sportowca zaczął dzwonić, lecz młoda para zignorowała go. Mario pozbył się już koszulki swojej ukochanej. Ich języki wciąż prowadziły dziki taniec, a serca zaczęły bić jednym rytmem. Komórka dała o sobie znać po raz drugi i trzeci.
- Odbierz.- powiedziała blondynka łapiąc oddech i opierając czoło o klatkę piersiową chłopaka. Ten nie zwrócił uwagi na jej słowa, nie miał ochoty przerywać.- Może to coś ważnego.- ujęła jego twarz w dłonie, rozpływając się pod wpływem jego brązowych teńczówek. Zawsze gdy w nie patrzyła, czuła się jak księżniczka. Tonęła w oczach mężczyzny, za którym poszłaby w ogień, dla którego byłaby w stanie zrobić wszystko. Brunet posłuchał swojej kobiety i z wielkim bólem serca ruszył do szafki, na której leżał telefon. Tęsknym wzrokiem patrzył na Sophie, a ta nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Piłkarz miał minę jak dziecko, któremu zabrano ulubioną zabawkę.
- Halo?- odebrał telefon z lekko zachrypniętym głosem.
- Co tak długo, zapomniałeś już o swoim najlepszym przyjacielu?- zapytał Marco, szczerzący się jak głupi do sera.
- Reus?!- zawyła zła klubowa dziewiętnastka.
- A ciebie co ugryzło?- zdziwił się farbowany blondyn- Przerwałem w czymś?- zapadła cisza- Stary, przepraszam. Nie domyśliłem się, że skoro nie odbierasz to znaczy, że szalejesz z panną Weidenfeller.- zakrył dłonią twarz, zawstydzony swoją głupotą.
- Po co zakłócasz mój spokój?- młodszy usiadł na fotelu, a blondynka rzuciła w niego koszulką.
- Chciałem zapytać, czy macie jakieś plany w przyszłym tygodniu.- wyjaśnił.
- Nie chcesz przeszkadzać?- sarknął Goetze, lustrując wzrokiem zielonooką, która doprowadzała się do porządku.
- Długo będziesz się boczył? Odbijesz sobie innym razem.- powiedział, przeczesując palcami grzywkę.
- Nie. Nie mamy chwilowo nic zaplanowane. Czemu pytasz?- zainteresował się brązowooki.
- Chciałem wpaść do was. Po świętach lecę do Dubaju, więc pomyślałem, że fajnie by było spotkać się jeszcze przed Bożym Narodzeniem.- rzekł.
- Może jakiś melanżyk?- rozpromienił się młodszy.
- Więc czuję się zaproszony.- roześmiał się gracz Borussii.
- To wbijaj, a teraz żegnam.- oświadczył chłopak.
- Oj młody, młody...- pokręcił głową rozbawiony Niemiec, kończąc konwersację.
- Blondyna do nas wpadnie. A co ty robisz?- zdziwił się brunet, widząc swoją ukochaną ponownie przy odkurzaczu.
- To świetnie. Dawno go u nas nie było.- zauważyła- Kiedyś trzeba posprzątać.- wzruszyła ramionami- Ale wiesz... Wpadłam na genialny pomysł!
- Do kończymy, to co zaczęliśmy?- wyszczerzył się gracz Bayernu.
- Może wieczorem...- przesłała mu buziaka w powietrzu- Ty dokończysz odkurzanie, a ja sobię poleżę.- uśmiechnęła się promiennie.
- Czego się nie robi z miłości?- westchnął, zabierając się za porządki.
- Też cię kocham.- pomachała mu już z kanapy, rozkładając się niczym królowa.


*****
To niepierwszy raz kiedy tego wieczoru popłakała się ze śmiechu, a policzki bolały ją od ciągłego uśmiechania się. Chwyciła po kieliszek z czerwonym winem, uważając na świeżo pomalowane paznokcie. Turkusowy lakier nie zdążył jeszcze wyschnąć, a szkoda aby takie dzieło sztuki się zniszczyło. Sophie bardzo się starała. Ogólnie dzisiejszy wieczór miał wyglądać trochę inaczej. Zaprosiła do siebie Sue koleżankę z pracy. Planowały spędzić wspólnie czas na babskich sprawach tj. malowanie paznokci, maseczki, ploteczki i inne. Panna Weidenfeller miała wolną chatę, ponieważ jej partner wybrał się do pubu ze znajomymi z klubu. Blondynka cieszyła się, że znaleźli wspólny język i Mario nie czuje się już jak piąte koło u wozu. Zielonooka nie jest typem samotnika. Lubi towarzystwo innych ludzi i nie chciała spędzić wieczora samotnie. Nie mogła liczyć na swoją przyjaciółkę Olivię, która miała swoje obowiązki, których nie da się rzucić od tak, aby przyjechać do Monachium na domowe spa. Sophie zdążyła wszystko przygotować włącznie z przekąskami i winem, kiedy Sue poinformowała ją, że nie przybędzie. Niespodziewanie jej córeczka się rozchorowała, a kobieta nie miała serca podrzucać dziecka swojej matce. Sophie nie gniewała się na koleżankę. Po chwili namysłu zadzwoniła do Marcela, który szybko przyjął jej propozycję, aby odwiedzić przyjaciółkę. Cóż... Planowała babski wieczór, ale sprawy się pokomplikowały i towarzystwa dotrzymał jej brunet.
- Marcelooo, twoje zdrowie.- oświadczyła blondynka, prostując nogi na kanapie. Jej stopy dosięgły kolan siatkarza i na nich spoczęły.
- Nawet o tym nie myśl.- zaśmiał się, popijając piwo prosto z puszki- Nie jestem Mortem, żeby ci stopy masować.
- Nic nie powiedziałam głupolu.- uderzyła go w ramię- Wyglądam jak Król Julian?- Marcel podrapał się po brodzie, udawając, że ciężko nad czymś myśli.
- Z tego profilu... Może trochę...- droczył się.
- Igrasz z ogniem.- ostrzegła przyjaciela.
- Kobieta jest bezbronna, gdy ma pomalowane paznokcie.- wytknął w jej stronę język.
- Nie wierzę, że ciebię lubię.- westchnęła, kręcąc głową.
- Młoda, ty mnie jak brata kochasz.- posłał w jej kierunku buziaka. Od czasu do czasu udawało się mu powiedzieć coś mądrego i właśnie przed chwilą miał taki prześwit. Sophie traktowała go jak członka rodziny. Wiele by dla niego zrobiła. Cały wieczór minął im w świetnym nastroju. Mimo, że droczyli się ze sobą, a czasem nawet wyzywali, ale to do nich podobne. Nikt nie obraził się na dłużej niż dwie minuty. Jeszcze przed północą Marcel poszedł do domu, ponieważ musiał nazajutrz wstać w miarę wcześnie. Zielonooka nie spodziewała się szybkiego powrotu Goetze. Posprzątała po dzisiejszym spotkaniu, wzięła długą kąpiel. Kiedy kładła się do łóżka, zegar wskazywał godzinę pierwszą w nocy. Dziewczyna szybko poddała się wpływom Morfeusza.
****
- Proszę pana tak nie może być! Dlaczego osły są dyskryminowane przez inne koniowate zwierzęta?- burzył się pijany Niemiec. Kierowca taksówki powstrzymywał się od śmiechu, potakując od czasu, do czasu. Ten człowiek mógłby napisać książke, w której opisałby, co ciekawego mówią ludzie po pijaku. Komedia rozeszłaby się w sklepach jak świeże bułeczki światowy bestseller na sto procent.- On wcale nie jest głupi. Dlaczego nie mówi się głupi jak koń? Albo zebra?- Mario plątał się już język. Oparł głowę o zimną szybę, powoli zasypiając. Miły pan taksówkarz dojechał do celu. Zaparkował przed apartamentowcem.
- Halo! Nie śpimy! Wysiadamy, jesteśmy na miejscu.- zakomunikował, odwracając się do sportowca.
- Tak, tak...- ziewnął, rozbudzając się lekko- Ale zebra to koń, tak? A może koń to zebra? Moje życie straciło sens!- zakrył dłonią usta. Kierowca zauważył, że chłopaka nie jest w stanie sam wysiąść z samochodu, więc mu pomógł.
- Więc pod którym pan numerem mieszka?- zapytał podtrzymując pod ramię mężczyznę.
- Ja nie daję swojego numeru obcym.- pokręcił głową z dezaprobatą- Potem pan będzie do mnie wydzwaniał...- taksówkarz próbował wyciągnąć od Goetze odpowiednie informację, lecz nie szło się z nim dogadać. Piłkarz nie mógł zbyt długo utrzymać się na nogach, więc przysiadł na kamiennej donicy.
- Jest już czwarta nad ranem, a ja nie mam całego dnia, żeby tu sterczeć.- westchnął zmartwiony staruszek- Mieszkasz z kimś? Może zadzwonimy do tej osoby i ona nam pomoże.- myślał głośno.
- Pan oszalał? Sophie śpi już dawno. Jak ją obudzę, to będzie wściekła.- przysypiał na siedząco- Ale jest piękna jak się złości.- uśmiechnął się. Kierowca nie czekając dłużej chwycił za telefon Mario i wybrał numer do Sophie. Po kilku sygnałach usłyszał zaspany głos.
- Gdzie ty jesteś?- jęknęła panna Weidenfeller.
- Dobry wieczór... A może już dzień dobry, nieważne. Jestem taksówkarzem. Stoję razem z panem Goetze pod apartamentowcem, kazano mi go tu przywieźć. Biedak nie pamięta numeru mieszkania i nie jest w stanie sam do niego dotrzeć.- wyjaśnił sytuację doświadczony już człowiek.
- Zaraz będę na dole.- powiedziała krótko, po czym się rozłączyła. Blondynka szybko założyła pierwsze z brzegu dżinsy. Na T-shirt w którym spała, narzuciła kurtkę i kozaki bo to jednak grudzień. Kierowca ujrzał młodą kobietę, zmierzającą ku niemu.- Dzień dobry panu. Mario już zapłacił?- zapytała, lustrując wzrokiem zwłoki Niemca.
- Tak, zapłacono mi już na początku.- zapewnił- Będę się już zbierał. Dobrej nocy.- pożegnął się i odjechał.
- Coś ty z sobą zrobił...- niedowierzała. Chłopak zaszalał, a jutro będzie cierpiał. Nie zamierzała mu z tego powodu robić kazań, ani się gniewać. Kac będzie odpowiednią karą, a ona nie chce wyjść na starą zrzędę.
- A ty nie śpisz?- zdziwił się piłkarz, dopiero zauważając swoją ukochaną.
- No niestety nie. Idziemy do środka, bo zimno.- pomogła mu wstać, kierując się do apartamentu.
- Kupmy sobie osiołka.- zproponował, uważnie stawiając każdy krok, aby nie spotkać się z podłogą. Blondynka wybuchnęła śmiechem.- Nie śmiej się z niego. To normalne zwierzę, które potrzebuje trochę ciepła! A wy wszyscy jesteście tacy sami. Wyśmiewacie się z niego!- był bliski płaczu. Co alkohol robi z człowiekiem?
- Kochanie nie wyśmiewam się ze zwierzaka.- osiemnastolatka chciała załagodzić całą sytuację- My nie mamy gdzie trzymać takiego osła. On potrzebuje wybiegu na dworzu.- zauważyła.
- Masz rację. Ale ja chcę osła.- trzymał się swego.
- Pogadamy o tym jutro.- obiecała.
- Dlaczego musimy jechać windą?- zapytał, podpierając się jej ściany.
- Bo tak jest szybciej.- odpowiedziała wciąż rozbawiona.
- Aha.- wyczerpał temat- A kochasz mnie?- zadał kolejne pytanie.
- Oczywiście.- uśmiechnęła się, wyprowadzając chłopaka z windy.
- A osły też kochasz?- weszli do mieszkania. Blondynka pokierowała piłkarza prosto do ich wspólnej sypialni.
- Niebardziej niż ciebie. Połóż się i śpij.- oznajmiła, zdejmując z bruneta spodnie i koszulę by było mu wygodniej.
- I tak kupię osła.- po wypowiedzi tych słów zasnął, przytulając się do poduszki. Blondynka zajęła miejsce obok mężczyzny, jednak trzymała dystans. Nie pachniał najładniej...


****
- Dużo głupot wczoraj gadałem?- zapytał już trzeźwy Mario. Razem z Sophie spędzał popołudnie przed telewizorem, lecząc kaca.
- W sumie to było dziś. I tak, dużo.- na samo wspomnienie, blondynka wybuchnęła śmiechem.
- Nic nie pamiętam.- stwierdził, biorąc kolejny łyk wody mineralnej. Oglądali jakiś kryminał, fim bardzo wciągnął młodą Niemkę.
- I on teraz tak umrze?- pomyślała głośno, przeżywając jedną z akcji.
- Nie, przecież ma kamizelkę kuloodporną.- zdradził Goetze.
- Oj zamknij się.- jęknęła zła- Ktoś ci kazał mówić, co się wydarzy?
- Pytałaś czy...- zaczął.
- Ale nie miałeś odpowiadać. Mówiłam sama do siebie.- prychnęła, wpatrując się w ekran telewizora. Brunet powstrzymał się od komentarza, ponieważ nie chciał bardziej denerwować swojej dziewczyny. Kiedy Mario opróżnił półtoralitrową butelkę , a film dobiegł końca, para usłyszała dzwonek do drzwi.- Zapraszałeś kogoś?- zapytała panna Weidenfeller.
- Nie, a ty?- zaciekawił się. Szczerze nie miał ochoty na żadne odwiedziny. Chciał przeleżeć cały wieczór na kanapie z Sophie u boku.
- Nie. Otworze.- oznajmiła kierując się do wejścia. Przed drzwiami stało dwóch funkcjonariuszy policji.
- Dzień dobry. Pan Mario Goetze jest w domu?- zapytał wyższy z czapką na głowie.
- Tak, a coś się stało?- zaniepokoiła się.
- Możemy wejść?- pytanie zadał drugi mężczyzna z kilkudniowym zarostem. Zielonooka uchyliła drzwi wpuszczając władzę do środka. Sportowiec zauważył przybyszy i zawitał do przedpokoju.- Pan Mario Goetze?- pytanie zadał chyba tylko dla formalności.
- Tak, o co chodzi?- dopytywał brązowooki, obejmując ramieniem ukochaną.
- Musi pan jechać z nami na komisariat.- oświadczył jeden z komisarzy.
- Ale po co?- zdziwił się.
- Został pan oskarżony o gwałt.- dla Sophie słowa odbiły się echem po pokoju.
- To jakiś żart?- zapytał Goetze zbity z tropu.
- Nie żartujemy z prawa.- odparł oschle policjant w czapce- Reszty dowie się pan na miejscu.
- Mogę się chociaż przebrać?- brunet miał na sobie szorty nieodpowiednie na grudniową pogodę.
- Ma pan dwie minuty.- rzekł ten niższy. Sportowiec przeszedł do sypialni, szybko wymieniając odzież. Był zmieszany. Nie wiedział, o co tym ludziom chodzi. Jaki gwałt? On nie byłby do czegoś takiego zdolny...
- Mario, co się dzieje?- zapytał przestraszona blondynka.
- Skarbie, nie mam zielonego pojęcia.- położył swoje dłonie na jej ramionach- Zadzwoń do mojego prawnika. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Uśmiechnij się.- powiedział pewny siebie, lecz w środku bał się tak jak ona. Nie zrobiłby czegoś takiego za żadne pieniądze. Jednak wczorajszy wieczór jest jak wycięty z jego pamięci. Skoro nie był wstanie sam trafić do domu, jakich głupot narobił prędzej? Bił się z własnymi myślami, ale nie chciał tego po sobie okazać. Miał wielką nadzieję, że to jakaś pomyłka. Jednak czarne chmury zebrały się nad sportowcem. Najbliższe tygodnie będą dla tej pary koszmarem. Ich wspólne plany na przyszłość stoją pod znakiem zapytania. Zawistni ludzie pragnęli zabawić się losem piłkarza. Jak można być tak podłym, aby wymyślić taki chory plan i wprowadzić go w życie? Wystarczy, że przewrócą pierwszy klocek, a reszta obali się sama jak w Domino. Ciekawe czy potem będzie można je podnieść i ponownie ustawić...

****
I mamy przełom w całym opowiadaniu! Teraz będzie się działo, koniec nudnej sielanki :D Co myślicie o tym rozdziale? Czekam na wasze opinie, wierzę, że zmotywujecie mnie do dalszego tworzenia. Chwilowo mam bardzo dużo czasu wolnego (czytaj: złamana noga). Pozdrawiam gorąco wszystkich, którzy komentują :*


sobota, 14 lutego 2015

ROZDZIAŁ 24-,, Chyba jesteś wilkołakiem..."

Chyba każdy zdążył zauważyć, że coraz więcej młodych ludzi ucieka do miast. Ma to związek z większymi perspektywami na przyszłe życie. Są tam anonimowi, łatwiej znaleźć im pracę czy zapewnić sobie rozrywkę. Nie odstrasza ich nawet hałas, wieczny tłok, ,,wyścig szczurów"... Jednak ciekawe jest to, jak bardzo różnią się preferencje starszych ludzi, mających na swoich barkach bagaż doświadczeń. Oni wolą zaszyć się na kanapie przy kominku, gdzieś w domowym zaciszu. Najlepiej na wsi lub na uboczu miasta, z dala od harmidru i ciągłego pośpiechu. Statystyczny Niemiec wyjeżdża na wakacje trzy razy w roku. Mowa tu o opuszczaniu granic państwa, a nie wypadzie do ciotki, mieszkającej prawie za płotem. Wiadomo, że od każdej zasady znajdzie się wyjątek. Pani Weidenfeller jest zdecydowanie typem domatorki. W swoich ,, czterech ścianach" czuje się komfortowo i nie lubi zmieniać otoczenia nawet na kilka dni. W towarzystwie swojego siwiejącego już męża niczego jej nie brakuje. Chociaż czasami tęskni za synem i jego rodziną. Chętnie spędzałaby z nimi więcej czasu, ale dzieli ich sporo kilometrów. Mówią: ,,dla chcącego nic trudnego". W dwudziestym pierwszym wieku odległość to żaden problem. Można latać samolotami, chodz jest to dość drogi środek tranaportu. Jeśli ktoś odczuwa strach przed wznoszeniem się w powietrze, może podróżować samochodem. Rozbudowane autostrady, obwodnice ułatwiają przemieszczanie się. I nadszedł ten dzień, kiedy babcia Sophie opuściła swoją posiadłość i z własnej woli wyruszyła w podróż. Może nie na słoneczną plaże w Hiszpani czy malownicze pasma górskie w Austrii, ale nie był to wyjazd w celach wypoczynkowych. Z resztą najlepiej relaksowała się we własnym ogródku. Promienie Słońca w Monachium dostarczały jej masy endorfin, więc nie musiała ich szukać w innym zakątku świata. Powód wyprawy był prosty- chrzciny wnuka. Ważny moment, jakby mogło jej zabraknąć w Dortmundzie? Nie wybaczyłaby sobie tego.
*****

Kto by się spodziewał, że zaszyt bycia chrzestną Oscara, przypadnie jego starszej siostrze. Dziewczyna przybyła do kościoła wraz z Mario. Jak widać ich związek rozwijał się prawidłowo i nic nie stało na przeszkodzie do wspólnego szczęścia. Sophie poradziła sobie z czynnościami, jakie musiała wykonać, przy polewaniu główki dziecka wodą święconą. Lisa i Roman poprosili brata modelki Brada, aby został drugim ojcem małego Weidenfellera, na co ten się zgodził. Przyjechał do Dortmundu z żoną Ester i półtora roczną córeczką. Tak jak Sophie i Goetze rodzice piłkarza Borussii i jej wybranki mieli zatrzymać się w domu sportowca. Bez problemu znajdzie się w nim miejsce dla wszystkich. Osiemnastolatka od rana czuła się nienajlepiej. Pod koniec mszy poprosiła swojego chłopaka, aby wyszedł z nią na zewnątrz, ponieważ było jej słabo.
- Siadaj tutaj.- pomógł jej usadowić się na ławce przed świątynią, prędzej cały czas ją podtrzymując, aby czasem nie upadła.
- Dzięki.- uśmiechnęła się blado. Jednak chłodne, listopadowe powietrze pomogło oprzytomnieć.- Już mi lepiej, tylko trochę zimno.
- No ładnie, będziesz chora.- skwitowała bawarska dziewiętnastka, obejmując ukochaną, by ją chociaż trochę ogrzać.
- Głupoty gadasz jak zwykle.- szybko zaprzeczyła- To ze stresu.
- Zobaczymy.- westchnął zmartwiony- Najwyżej poleżysz parę dni w domu, ja już o to zadbam.
- A praca? Wykłady? Nie mam czasu na chorowanie, za dużo by mnie ominęło.- zaśmiała się.
- Każdego kiedyś dopada jakiś wirus.- stwierdził młody Niemiec.
- Mnie nic nie dopadło.- zaakcentowała ostatnie słowo, po czym kichnęła.- Widzisz, prawda.
- Na zdrowie.- pokręcił głową rozbawiony uporem blondynki. Po zakończeniu całej uroczystości Lisa i Roman zaprosili gości do restauracji na przygotowany obiad. Tam miło spędzili czas w rodzinnym gronie, a gwiazdą był oczywiście Oscar. Podbił serca wszystkich. Maluch miał takie same oczy jak jego ojciec i siostra, jednak rysy twarzy odziedziczył po matce. Goście zjedli deser i rozjechali się do domów, ponieważ chłopczyk zrobił się senny i zaczął marudzić. Pokoje dla rodziców i teściów Romana, i Brada z rodziną w domu Weidenfellera były gotowe. Gdy modelka wraz z teściową i Ester poszła ułożyć do snu Oscara, reszta towarzystwa rozsiadła się w salonie.
- Widziałeś ten ostatni mecz Wolfsburga? Co tam się działo na boisku...- dyskutowali panowie. Sophie powoli zasypiała w fotelu, jednka uniemożliwiał jej to ból głowy. Ruszyła w stronę kuchni, aby zażyć leki przeciwbólowe.
- Idziesz już spać?- zapytał Mario, zauważając, że dziewczyna opuszcza pomieszczenie.
- Nie, idę po tabletki...- wyjaśniła. Było jej strasznie zimno.
- Jakie tabletki?- zainteresował się bramkarz z Dortmundu.
- Głowa mnie boli.- jęknęła zmęczona przeprowadzanym wywiadem.
- Co jej jest?- zapytał zdziwiony Roman, gdy zielonooka przeszła do kuchni.
- Chyba jakieś choróbstwo ją dopadło, ale oczywiście upiera się, że nic jej nie dolega.- bezradny Mario rozłżył ręce.
- Brad, sprawdzisz co i jak?- zatroskany ojciec poprosił mężczyznę.
- Zobaczę, co da się zrobić. Nigdy wcześniej bym nie pomyślał, że łatwiej leczy się dzieci.- wstał z kanapy, po czym udał się w ślady blondynki.- Może pomóc?- zaproponował mąż Ester, widząc jak osiemnastolatka gimnastykuje się, aby dosięgnąć do półki z lekami. Dziewczyna zmierzyła przybysza wzrokiem. Nie lubiła, kiedy nie mogła sobie sama poradzić z jakąś sprawą. Czuła się wtedy jak dziecko, które trzeba wszędzie prowadzić za rękę.
- Chyba nie mam innego wyboru...- stwierdziła, opierając się o blat.
- Wiesz, jestem co prawda pediatrą, ale jeśli chodzi o przeziębienia, to nie ma większej różnicy między dzieckiem, a dorosłym pacjentem.
- A dasz mi coś co pomoże?- uległa- Zaraz głowa mi eksploduje, a potem zamarznę.
- Masz zmierz sobie temperaturę.- wyjął elektryczny termometr z szafki Weidenfellera.
- Trzydzieści osiem i pół...- oddała urządzenie wykształconemu człowiekowi.
- Tak myślałem...- podrapał się po brodzie- Masz jakieś inne objawy?
- Chyba mam dreszcze.- wzdrygnęła się- No i katar.
- Weź to i to.- wręczył jej dwie różne pastylki.- I prosto do łóżka. Powinnaś odwiedzić w Monachium jakąś przychodnię. Musisz się wykurować, ja dałbym na początek parę dni zwolnienia. Grypę trzeba porządnie wyleczyć, powikłania mogą być poważne.- powiedział, wstawiając wodę na herbatę.
- Tak, tak...- nie przejęła się jego słowami- Będę u siebie.- dodała. Przeszła do swojego pokoju. Położyła się do łóżka, nie biorąc nawet kąpieli, bo czuła, że zamieniłaby się wtedy w kostkę lodu. Szczelnie otuliła się kołdrą i przymknęła powieki. Ból głowy po woli jej odpuszczał, jednak wciąż miała dreszcze. Próbowała udać się do Krainy Morfeusza. Po jakimś czasie poczuła, że ktoś położył się obok niej. Wiedziała, że to Goetze poznała jego perfumy.
-Śpisz? Przyniosłem ci gorącą herbatę.- oznajmił, odstawiając kubek na stolik nocny.
- Niestety nie.- odpowiedziała. Chłopak objął blondynkę, mocno ją przytulając.
- Chyba jesteś wilkołakiem...- stwierdziła, kiedy poczuła ciepło bijące od sportowca- Zarazisz się ode mnie.
- Wilkołaki mają świetną odporność.- zaśmiał się, nie zmieniając swojej pozycji- Zaraz jak wrócimy do Monachium, idziemy do lekarza.- oznajmił.
- Chyba ty.- prychnęła.
- Jakże cięta riposta. Ja jestem zdrowy tak się składa.- zauważył.
- No z tym nie byłabym taka pewna.- uniosła brwi.
- Patrz, nawet jak chorujesz to się ciebie humor trzyma.- pokręcił rozbawiony głową.
- Nie denerwuj mnie.- ostrzegła mężczyznę.
- Spokojnie uparciuchu.- pogładził jej włosy.
- Nie pójdę na żadne zwolnienie. W poniedziałek szykuje się świetny wykład.- obróciła się twarzą do bruneta- Ten profesor przyjechał z Francji! Rozumiesz? Muszę tam być, to jedyna taka okazja. No i studio masażu. Ile można zmieniać grafik? A ja lubię tam chodzić, zawsze mogę się czegoś nauczyć.- wyjaśniła.
- Wszystko rozumiem, ale zdrowie jest najważniejsze, ty jesteś dla mnie najważniejsza. Nigdzie cię nie wypuszczę.- zarządził, patrząc prosto w jej oczy.
- Jeszcze zobaczymy.- prychnęła zła, mimo to wtuliła się jeszcze bardziej w jego tors.


Wczesnym rankiem doszło do niespodziewanej potyczki między Romanem Weidenfellerem, a ciastem na naleśniki. Chciał przygotować śniadanie dla swoich gości. Jako budzik służył mu Oscar, który był rannym ptaszkiem i nie pozwalał rodzicom na dłuższe leniuchowanie. Zamiast zapachu jeszcze ciepłych placków i parzonej kawy po domu roznosiły jak echo, ciche przekleństwa dortmundzkiej jedynki. Nie wiedział dlaczego naleśniki, nie chciały go słuchać. Surowe ciasto ciężko rozlewało się na patelni, przez co placki były dość małe. Na ich powierzchni pojawiały się pęcherze z powietrzem. Brunet niczym rycerz swoim mieczem, przekuwał je, lecz one wsiąż powracały. Po długim i żmudnym smażeniu naleśniki wyglądały jak podeszwa, chodz smakowały, tak jak powinny. Do kuchni zawitała Lisa z Oscarem na rękach.
- Po co tyle wulgaryzmów?- zdziwiła się modelka, całując mężczyznę w policzek.
- Chyba nie powinny tak wyglądać.- stwierdził, przebijając widelcem kolejnego bąbla- Walczę z nimi już pół godziny. Powoli tracę siły...- po jego słowach Lisa wybuchnęła niepohamowanym śmiechem. Wyobraziła sobie ukochanego, który miałby zająć się gromadką dzieci. Skoro pieczenie naleśników go przerasta, to co dopiero tam by się działo...
- Zobacz, to ciasto jest za gęste.- zauważyła, mieszając chochlą w misce.- Wystarczy dolać trochę mleka i wszystko powinno wrócić do normy.- doradziła. Zielonooki postąpił według wskazówek swojej kobiety, po czym wylał na rozgrzaną patelnię pierwszą miarkę ciasta. Obserwował uważnie, czy na powierzchni placka nie pojawiają się żadne pęcherze, trzymając w pogotowiu widelec. Nic takiego nie nastąpiło.
- Mój aniele!- krzyknął uradowany, unosząć długonogą wraz z synkiem- Jesteś najlepsza. Ty maluchu też.- zwrócił się do chłopca, który kurczowo trzymał w swojej rączce pluszową żyrafę.
- Miło to słyszeć.- promiennie się uśmiechnęła- Ale twoje dzieło sztuki zaraz może się przypalić...- No tak, trudno znaleźć mężczyznę z podzielnością uwagi.

****
Sophie nie nawidzi poranków, a zwłaszcza gdy dodatkowo męczy ją katar i nietylko. Ustawiony wcześniej budzik, który miał obudzić ją, aby zdążyła na wykład, spełnił swoje zadanie. Przetarła zaspane oczy, odgarnęła poplątane włosy z twarzy, wysmarkała nos, po czym udała się do kuchni. Strasznie drapało ją w gardle, potrzebowała napić się wody. Bolała ją głowa i wszystkie mięśnie, ale wiadomo, że nie wspomni o tym brunetowi. Mężczyzna właśnie parzył sobie kawę, jednak nie zdziwił go widok blondynki. Wiedział, że pewnie się na niego obrazi, ale dziś nie wypuści jej z domu.
- Sophie, wracaj do łóżka.- oznajmił, smarując sobie tosty masłem. Były jedną z niewielu ,,potraw", które sam potrafił przygotować.
- Jakie miłe powitanie. Też miło mi cię widzieć kochanie.- rzuciła z sarkazmem. Zapach pieczonego chleba sprawiał, że żołądek podnosił się jej do gardła. Przez brak apetytu, opijała lodówkę szerokim łukiem. Nalała sobie do kubka wodę mineralną, która była jak miód dla jej podrażnionego przełyku.
- Nigdzie się nie wybierasz.- rzekł spokojnie, miał w głowie plan, jak wszystko rozegrać.
- Myślę, że wiem lepiej, co zamierzam zrobić.- wywróciła oczami, chowając szklankę do zmywarki.
- Dzwoniłem, już do twojej szefowej. Powiedziałem, że najmniej dwa dni cię nie będzie i dowiozę później zwolnienie lekarskie. Przejęła się i kazała cię ciepło pozdrowić.- odparł zgodnie z prawdą.
- Co ty zrobiłeś?!- krzyknęła zła.
- To co słyszałaś, idz się połóż, zaraz przyniosę ci śniadanie i leki.- zarządził.
- Nie będę nic jadła.- wysyczała przez zaciśnięte zęby- Idę na uczelnię.
- A chcesz się założyć?- uniósł brew- Jak będzie trzeba to siłą cię tu zatrzymam.- nie wiedziała co zrobić. Najchetniej wyzwałaby go od najgorszych, jednak udało jej się powstrzymać. Zacisnęła dłonie w pięści, po czym wyszła z kuchni. Rzuciła się na kanapę w salonie, okrywając przy tym kocem. Mario ukradkiem obserwował, jej poczynania i zdziwił się, że tak szybko osiągnął swój cel.- Smacznego.- postwił przed nią talerz z kanapkami.
- Wal się.- rzuciła, odwracając się tyłem do piłkarza.
- I będziesz się teraz fochać?- zapytał, siadając na oparciu kanapy.
- Tego mi nie zabronisz. Daj mi spokój.- powiedziała oschle.
- To dla twojego dobra.- westchnął.
- Idz sobie.- nakryła się bardziej kocem.
- A kochasz mnie jeszcze trochę?- zapytał rozbawiony z nutką nadzieji w głosie.
- Tak, pomimo że jesteś kretynem, egoistą...
- Dobra, dobra.- przerwał jej wypowiedz- Tyle mi wystarczy, śpij sobie.- zadowolony opuścił pokój dzienny, aby zejść z pola rażenia swojej ukochanej. Cieszył się, że plan się powiódł i Sophie wykuruje się w domu. Foch przejdzie jej prędzej czy później, a on będzie miał sadysfakcję, że udało się mu postawić na swoim.

****
I jest kolejny! Nagły przypływ weny, zapewne dzięki waszym motywującym komentarzom, dziękuję :* Właśnie zaczynam długo wyczekiwane ferie, zaraz jadę w góry i nie wiem, jak to będzie z internetem. Ale gdybym go nie miała, obiecuję, że po powrocie nadrobię rozdziały na blogach, które czytam ;) Jestem przeszczęśliwa zaczynam ferie, Borussia zagrała w piątek świetny mecz pełen emocji i Marco przedłużył z nami kontrakt!!! Tak dobrze już dawno ze mną nie było :p Nie chcielibyście widzieć mojej reakcji, gdy dowiedziałam się o podpisaniu nowego kontraktu... Myślałam, że śnię i niestety zaraz się obudzę.... ale jednak NIE! Reus zostaje u nas, Borussia pnie się w tabeli do góry, dwa tygodnie wolnego od szkoły... czego chcieć więcej??? Pozdrawiam xoxoxo


niedziela, 1 lutego 2015

ROZDZIAŁ 23-,, Gitara gra, komoda tańczy (...)."

Nastał wieczór, a obywatele Monachium powoli szykowali się do snu, aby mieć siły na następny dzień. Fani piłki nożnej za pewne spotkają się w pobliskich barach, żeby przy kuflu piwa dopingować swój klub. Zapowiada się ważne starcie, trudny pojedynek, a liczy się tylko komplet punktów. Mimo to, Bawarczycy są faworytami. Jednak przeciwnik znajduje się w lepszej sytuacji, ponieważ mecz rozegra się na jego stadionie. Czy wyśmienita atmosfera, stworzona przez trybuny wypełnione po brzegi ludzmi z żółto-czarną krwią, poniesie ich do zwycięstwa? Czy może jednak Bayern nie odda inicjatywy i z uporem osiągne założony cel? Wszystko wyjaśni się nazajutrz.
- Jeszcze raz. Musimy mieć wszystko dokładnie przygotowane.- zarządziła Sophie, wpatrując się w laptop.
- Oczywiście.- zasalutował brunet. Widział, jak podekscytowana jest jego dziewczyna.
- Ja o ósmej mam lot do Dortmundu, a ty...- sprawdzała po raz n-ty, czy czas wylotu z miasta się zgadza.
- O tej samej godzinie zbiórkę przed stadionem.- dokończył za blondynkę.- Przed drugą będziemy na miejscu. O piętnastej trzydzieści zaczyna się mecz. Później przyjadę razem z Romkiem do szpitala. Wszystko mamy pod kontrolą.- prawie wyrecytował, wzdychając.
- Wtedy będę u Lisy. Tam się spotkamy.- odstawiła komputer na stolik nocny.
- Gitara gra, komoda tańczy, idziemy spać.- zgasił światło, po czym opadł na łóżko.
- Dostałeś jakiegoś sms-a?- zapytała po chwili ciszy.
- Nie...- jęknął. Starał się być wyrozumiały. Sam ma młodsze rodzeństwo, ale to kiedy przychodzili na świat, pamiętał jak przez mgłę.
- Może na mój coś przyszło. Sprawdzę.- chwyciła za komórkę, jednak nie znalazła tam pożądanej wiadomości.- Nic nie napisał.
- Na pewno poród jeszcze trwa.- stwierdził Niemiec, układając się na boku, aby móc patrzeć na swoją wybrankę.
- Racja.- zacisnęła usta w wąską linijkę- Przecież ja dziś nie zasnę z tych wrażeń.- rzekła, sprawdzając, czy jej telefon nie jest czasem wyciszony.
- Chodz tu do mnie.- przyciągnął ją do siebie i przytulił mocno.- Wszystko będzie dobrze. Znając życie, rano się skończy, a wtedy Roman napisze. Nie pozostaje nam nic innego jak iść spać.- powiedział, okrywając Sophie kołdrą.
- Jejku już jutro zobaczę swojego młodszego brata. Będę starszą siostrą. Tylko czy dam radę? Nie wiem, jak to jest...- zamyśliła się.
- Dasz radę. Nie szukaj dziury w całym.- zaśmiał się, gładząc jej policzek- Ja jestem starszym bratem i to nie jest wcale takie skomplikowane.
- Jutro rano mi wszystko opowiesz.- oświadczyła- Nauczę się czegoś. A teraz chodzmy spać. Jutro masz ważny mecz.
- Ta, i tak pewnie będę grzał ławę...- wyszeptał, zamykając już powieki.
- Oj nie mów tak.- wtuliła się w mężczyznę, nie drążąc tematu. Jutrzejszy dzień zapowiadał się bardzo ciekawie nie tylko dla niej.

Nowa szefowa Sophie była bardzo sympatyczną i miłą osobą, dlatego bez problemu zgodziła się przestawić grafik specjalnie dla blondynki. Niekażdy przystałby na taką propozycję zwłaszcza, że dopiero zaczyna pracę. Panna Weidenfeller wytłumaczyła jednak zaistniałą sytuację czyli narodziny brata. Albo siostry jeszcze nic nie wiadomo. Chociaż...
Poczuła, że miejsce obok niej zrobiło się wolne, co oznaczało, że Mario już wstał. Miała ochotę pozostać jeszcze w krainie Morfeusza, poleniuchować. Miękka poduszka i ciepła kołdra, przyciągały ją jak magnes. Miała świadomość, że nie zostało jej zbyt wiele czasu na sen. 5 minut na przykład na teście- bardzo mało, ale 5 minut drzemki to już co innego. I kiedy jej powieki stawały się cięższe, przypomniała sobie o planach na dzisiejszy dzień. Momentalnie się rozbudziała, jakby ktoś wylał na nią wiadro zimnej wody. Przetarła oczy, rozciągnęła mięśnie, po czym chwyciła za komórkę. Na wyświetlaczu widniała godzina 6:15, ale ważniejsza była biała koperta, oznaczająca nową wiadomość. Czym prędziej odebrała sms-a, by móc przeczytać jego treść: ,, Poród wreszcie dobiegł końca. Lisa śpi. Wszystko przebiegło bez komplikacji. Masz brata. Zdrowy i chyba najgłośniejszy z noworodków na sali. Czekamy w Dortmundzie. Bezpiecznej drogi. Pozdrawiam razem z Oscarem." Kilkakrotnie, przejrzała tych parę słów, zanim dotarły do niej wszystkie informacje. Na twarzy zielonookiej pojawił się szeroki uśmiech. Do pokoju zawitał brunet, który zdążył wziąźć już prysznic.
- Która godzina, że ty już nie śpisz?- zdziwił się. Jeśli Sophie wstaje wcześnie rano z własnej woli to znak, że coś się dzieje.
- Miałam racje! Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam!- krzyknęła uradowana.- Brat, a nie siostra.
- Gratuluję.- zaśmiał się, widząc jak dumna z siebie jest jego dziewczyna.- Może minęłaś się z powołaniem? Powinnaś wróżyć ludziom przyszłość.
- Zacznę od ciebie.- położyła dłonie na jego ramionach- W najbliższej przyszłości zrobisz swojej ukochanej pyszną kawę.
- Dostanę jakąś nagrodę?- wyszczerzył się, przysuwając do blondynki. Ta złożyła na jego wargach subtelny pocałunek, bawiąc się przy tym włosami sportowca.
- I to mi się podoba.- przyznał- Dobrze, że jeszcze nie ułożyłem fryzury, bo cała praca by poszła na marne.- puścił w stronę blondynki oczko. Mogliby stać w swoim uścisku dłużej, jednak czas goni. Sophie musiała dotrzeć na odprawę, a Guardiola nie tolerował spóźnień. Panna Weidenfeller szybko się odświeżyła. Rozczesane wcześniej włosy związała w wysoką kitkę. Założyła jasne dżinsy i luźną, kremową koszulę z ozdobnym kołnierzykiem. Krótko mówiąc wygodnie i klasycznie. Później przeszła do kuchni, gdzie usmażyła jajecznicę i przygotowała lunchboxy na drogę. Wtymczasie Mario dopakowywał ostatnie rzeczy do swojego bagażu mimo że, jeszcze wczoraj był przekonany, że ma wszystko gotowe. W końcu wspólnie zjedli śniadanie, popijając je kawą, którą przygotował piłkarz. Sophie buzia prawie się nie zamykała, gadała jak najęta. Nie mogła się doczekać, kiedy odwiedzi Lisę w szpitalu. Zaś Goetze co jakiś czas przytakiwał głową swojej partnerce, ale nie wiedział, o czym mówi. Jej monolog był bardzo chaotyczny, przez co szybko się zgubił. Zajął się konsumowaniem ciepłego posiłku, który mu smakował. Bawiło go podekscytowanie blondynki, a ona dobrze o tym wiedziała, jednak nie robiła mu z tego powodu wyrzutów. Czuł, że jest to ta jedyna. Nie potrafił wyobrazić sobie sytuacji, gdyby jej zabrakło. Kochał ją z całego serca. Wreszcie miał do kogo wracać po ciężkim dniu. Ogromny szczęściarz z niego.


Nie mogła opisać emocji, jakie jej towarzyszyły. Chciała płakać i skakać ze szczęścia jednocześnie. Kiedy spojrzała na swojego młodszego brata, nie dowierzała, że kiedy dowiedziała się o ciąży, źle o nim myślała. Chłopczyk był cudowny. Na główce widać było ciemne włosy, a rączki trzymał ciągle zaciśnięte w piąstki. Jak noworodki mają w zwyczaju, głównie spał i jadł. Lisa mimo, że zmęczona to nie potrafiła nacieszyć się Oscarem.
- I co, zadowolona z brata?- zapytała świeżo upieczona mamuśka.
- No pewnie.- zaśmiała się- Myślisz, że pójdzie w ślady ojca?- kiwnęła głową w stronę telewizora. Operator kamery skupiał swoją uwagę na drużynie żółto- czarnych, która właśnie wkraczała na murawę. Dziewczyny miały zamiar oglądać hit kolejki nawet w szpitalu.
- Zobaczymy, Roman pewnie byłby dumny. Ale mały sam zdecyduje.- ucałowała dziecko w czubek główki, podczas karmienia malca.
- Zaczyna się. Kto wygra?- zapytała młodsza, poprawiając swoją pozycję na niewygodnym krześle, aby lepiej widzieć ekran.
- Nie wiem. Wszystko się może zdarzyć...- rzekła modelka. Mario nie wyszedł na boisko w pierwszym składzie, ale czekał na swoją kolej na ławce. Pierwsza połowa była dość wyrównana. Ofensywni piłkarze Borussii nie mogli się przebić przez szczelną obronę przeciwnika. Zapowiadał się remis, a taki scenariusz się Guardioli nie podobał. Postanowił wypuścić na murawę najnowszy nabytek klubu z Bawarii- Goetze. Chłopak został nie mile przewitany na stadionie. Głośnie gwizdy rozlegały się za każdym razem, gdy piłkarz miał pod nogami piłkę. I w końcu się stało. Mario wykorzystał okazję i wpakował piłkę do siatki. Kibice zamarli. Goetze nie cieszył się z bramki. Nie celebrował jej, jednka koledzy z nowego klubu ściskali go i składali mu gratulacje. Był zaskoczony ich zachowaniem, ponieważ na trenigach udawali, że go nie widzą. Piłkarze z Dortmundu otrzymali ogromny cios, po którym zostali oszołomieni. W taki właśnie sposób Bayern stworzył jeszcze dwie sytuacje, aby dobić przeciwnika. Mecz zakończył się wynikiem 3:0 dla przyjezdnych, a Mario Goetze uciszył stadion, na którym przez wielu ludzi, nie będzie już mile widziany. Bawarczycy zabierają trzy punkty ze sobą. Sophie i Lisa obejrzały mecz do końca, mocno ściskając kciuki. Modelka za sukces drużyny z Dortmundu, którego stała się fanką, a panna Weidenfeller? Nadal nie interesowała się piłką nożną, nie przepadała za tym sportem. Kibicowała swojemu chłopakowi. Osiemnastolatka nie wiedziała, w jakim humorze przewita ją młody Niemiec. Niby zdobył bramkę, wygrał mecz, ale pogrążył swoich dawnych znajomych i zasmucił tysiące fanów na trybunach. Również oni mu nie pomogli, przyjmując go bardzo chłodno w miejscu, gdzie spędził wiele lat, dając im okazje do świętowania wygranych. Dziewczyny rozmawiały ze sobą o babskich sprawach, gdy do sali zawitało dwóch mężczyzn.
- Witam, drogie panie.- Weidenfeller wyściskał córkę, po czym podszedł do swojej wybranki. Nie wyglądał na piłkarza, który przed chwilą oddalił się od pierwszego miejsca w tabeli. Już o tym zapomniał. Cieszył się na widok swojego syna i jego mamy. Do tego nawet zabrał ze sobą chłopaka córki, który przyczynił się do jego porażki i nie zrobił mu po drodze krzywdy! Cud! Sophie wstała i wtuliła się w bruneta. Nie miała pojęcia, czy mu gratulować czy może jednak pocieszać. Podnosząc się na palcach dała mu niespodziewanego buziaka i chwyciła jego twarz w dłonie. Na początku uciekał wzrokiem, lecz kiedy spojrzał w oczy blondynki szczerze się uśmiechnął. Taki z niego dowcipniś udawał, że jest smutny jednak, wcale tak nie było. Zielonooka szybko go rozszyfrowała, po czym wybuchnęła śmiechem i chwyciła za jego dłoń.
- Jacy oni są słodcy, porozumiewają się bez słów.- zauważyła długonoga, przypatrując się młodzieży.
- My jesteśmy lepsi.- prychnął Roman, czym rozbawił towarzystwo.- Jak ma się mój synek?
- Właśnie zasnął.- odpowiedziała Sophie- Chodz, kogoś ci przedstawie...- pociągnęła swoją drugą połówkę w stronę noworodka... Tak spędzili wieczór, dopóki pielęgniarka nie wygoniła ich do domu. Obiecali, że wpadną do Lisy jeszcze jutro. Jak narazie musiała zostać z chłopczykiem w szpitalu, co jest standardem. Jednak kobieta nie może się doczekać, kiedy zabierze swojego synka do domu. Przed nią i Romanem wielkie wyzwanie są teraz odpowiedzialni za tak małą istotkę. Od nich zależy jak będzie się rozwijać, wspominać dzieciństwo, jakie wartości będą dla niego ważne. Bramkarz dortmundzkiej drużyny miał krótki epizot z wychowywaniem dzieci. Razem ze swoją pierwszą miłością tworzyli zgrany zespół, wspólnie zajmowali się ich córeczką. Trwało to tylko pięć lat, ale podobno niektórych umiejętności się nie zapomina. Okaże się, czy Roman pamięta, jak przewija się dziecko... Droga do posiadłości kiedyś kapitana Borussii minęła im bardzo szybko. Każde z nich było zmęczone wrażeniam, jakie zafundował im dzisiejszy dzień. Ojciec Sophie rozmawiał z jej chłopakiem, jak wtedy gdy grali w jednej drużynie. Była pewna, że nadal trzyma przed nim lekki dystans, a w głowie pali się czerwona lampka. Mimo to, cieszyła się, że atmosfera nie jest napięta, a najstarszy z zebranych stara się akceptować związek swej córki. Na sto procent miała w tym wkład Lisa, która przekonywała Romana do zmiany nastawienia. Osiemnastolatka planuje przy najbliższym spotkaniu z modelką podziękować jej.
- Młodzieży!- zaczął pan domu, zdejmując kurtkę z przemęczonych barków- W sumie jesteście u siebie, także poradzicie sobie sami.- ziewnął- Ja idę już spać. A! I grzecznie mi tu.- wymownie spojrzał na Goetze.
- Dooobranoc.- powiedziała blondynka, poganiając ojca. Ten powlókł się na górę, wprost do swojej sypialni.- Więc... Jesteś może głodny?- zapytała.
- Niezabardzo.- uśmiechnął się, ukazując przy tym zagłębienia w policzkach.
- Ja też.- zaśmiała się- Zanieśmy walizki do mojego pokoju.- zaproponowała. Udało im się zabrać ze wszystkim bagażami za jednym kursem. W końcu jutro o szesnastej wracają do Monachium, więc nie potrzebna jest połowa ubrań z garderoby. W pokoju Sophie prawie nic się nie zmieniło, od kiedy go opuściła. Lisa wymieniła tylko pościel na czystą i wytarła kurze z pułek. Jednak gdzieś w środku zielonooka cieszyła się, że może w każdej chwili wrócić do swojego królestwa. Wiązało się z nim wiele wspomnień smutnych jak i wesołych. Dobrze wiedzieć, że ma się na świecie miejsce, w którym czekają bliscy ci ludzie. Tacy, którzy nie zamkną drzwi przed nosem i nie wbiją noża w plecy.- Przypomniał mi się pewien wieczór. Ja, jako ranna buntowniczka i ty, biedny Romeo, któremu przyszło się zająć małolatą.- kręciła głową z niedowierzeniem- Czuję, jakby wieki minęły od tamtego czasu.
- A to było wcale nie tak dawno temu.- zauważył brunet, siadając na łóżku i zachęcając blondynkę do zajęcia miejsca obok niego.
- Tyle się zmieniło.- oparła głowę o ramie Niemca.
- Ale na lepsze. Kiedyś nie mógłbym zrobić tego.- namiętnie pocałował dziewczynę. Za każdym razem, kiedy to robił, czuła stado motyli w brzuchu. Codziennie zakochiwała się w nim od nowa.
- Gdzieś ty sie w tym Dortmundzie chował, że tak późno cię znalazłam?- zmrużyła oczy, po czym usiadła mężczyźnie na kolanach.
- Ja?- parsknął zaskoczony- Byłem częścią tej Borussii, którą żyje całe miasto. Produkowałem się w telewizji, na plakatach, bilbordach, w gazetach, nawet toster z logo BVB znajdziesz. I to ja sie chowałem?- zaśmiał się.
- Widocznie całe miasto tylko nie ja.- wzruszyła ramionami, przytulając się do torsu piłkarza.
- Tylko całe miasto i aż ty, kochanie.- skorygował jej wypowiedz.- W sumie to przez Felixa się poznaliśmy.- stwierdził.
- Wiesz, co pomyślałam, jak mineliśmy się w drzwiach w domu twoich rodziców?- przypomniała sobie.
- Że jestem zabójczo przystojny i musisz zdobyć mój numer telefonu.- jak to miał w zwyczaju rozbawił osiemnastolatkę prawie do łez.
- Że jesteś strasznie dziwny. Przestraszyłeś mnie, tyle się teraz dookoła dzieje.- rzekła.
- Wyglądam jak pedofil?- spoważniał.
- Tak, wszystkie dzieci się ciebie boją.- odparła z sarkazmem.
- Wyczuwam sarkazm. Czyli, że daleko mi do pedofila.- stwierdził z ulgą.
- Nie siedziałabym ci teraz na kolanach głupolu.- nie wiedziała jak to robił. Po prostu zielonookiej trudno było w obecności Goetze nie uśmiechać się przez dłużej niż kilka minut. Taki to już typ człowieka, że zawsze rozkręci imprezę, a wszyscy czują się w jego towarzystwie swobodnie. - Chciałabym, żebyśmy już zawsze byli razem. Nawet nie wyobrażam sobie, że mogłoby się to skończyć.- wyznała.
- Obiecuję, że nie będzie żadnego końca.- powiedział, obdarzając zielonooką kolejnymi pocałunkami. Mario należał do osób, które dotrzymują obietnic, jednak czy poradzi sobie z tą? Niestety, jest to raczej nierealne.



****
Przerabiany ze trzy razy, myślę, że tą wersję mogę wam przedstawić ;) krucho z moją systematycznością, postaram się to zmienić, ale nic nie obiecuję :'( coraz mniej komentujecie, nie wiem dlaczego, a bardzo interesuję mnie wasze zdanie, zostawcie po sobie ślad ;* głupio mi żulić o komentarze i szantażować was, że rozdział nie pojawi się dopóki nie będzie tylu i tylu komentarzy xd także wiecie co robić, pozdrawiam ;)

niedziela, 4 stycznia 2015

ROZDZIAŁ 22-,, Pewnie, nawet dwa."

Od zapachu pieczonego łososia, niejeden człowiek zrobiłby się natychmiast głodny. Dzisiaj Sophie postanowiła przygotować na obiad ulubioną rybę piłkarza. Na lodówce przypięła wskazówki, co do diety Niemca. Mogła tam znaleźć informacje, czego powinien się wystrzegać w posiłkach, a co jeść by utrzymać stałą wagę i podbudować tkankę mięśniową. Bardzo przydatny gadżet w kuchni. Każdy zawodnik miał dopasowane do siebie, skonsultowane z klubowym dietetykiem, rozpisane porady. Zielonooka często do nich zerkała, przy okazji ucząc się ich już na pamięć. Starała się być dobrą panią domu. Tym bardziej, że chwilowo się nudziła. Studia zaczynała dobiero w październiku, a pracę za miesiąc. Znalazła ogłoszenie w gazecie, skontaktowała się z właścicielką i od razu została przyjęta. Będzie pracowała w prywatnym studiu masażu. Jest to mała firma, jednak ma stałych klientów i ciągle się rozwija. Na początek blondynka będzie przesiadywać za biurkiem, na recepcji. Trzeba sobie zapracować na wyższe stanowisko. Chwilowo nie miała żadnego doświadczenia z masażem, więc odpowiadała jej taka robótka. Właścicielka zgodziła się też, z dostosowaniem godzin pracy do planu wykładów i zajęć na uniwersytecie. Panna Weidenfeller będzie studiować fizjoterapię, miała w planach udać się też na jakiś kurs nauki masażu. Pomysł ten bardzo spodobał się przyszłej szefowej. Obiecała jej pomoc w razie potrzeby. Zobaczymy jak blondynka się spisze i czy podoła wyznaczonym sobie celom. W tym momencie do mieszkania zawitał zmęczony Niemiec. Trenował już z resztą drużyny z normalnym obciążeniem.
- Jestem.- rzucił sucho jeszcze z korytarza. Zostawił tam swoją torbę, po czym ruszył do kuchni.
- Cześć. Siadaj do stołu, już podaję.- oświadczyła, witając się z chłopakiem soczystym buziakiem. Od razu zauważyła, że brunet jest jakiś przygaszony.
- Jak minął dzień?- zapytała, tryskając optymizmem, który nie udzielał się Goetze. Postawiła na nakrytym już stole, naczynie żaroodporne i zasiadła na przeciw mężczyzny.
- Strasznie mi się dłużyło...- westchnął, grzebiąc w talerzu widelcem- Smacznego.- dał tym samym znak, że nie ma ochoty na rozmowę.
- Smacznego.- zabrała się za konsumowanie przygotowanego posiłku. Była raczej skromną osobą, ale musiała przyznać, że łosoś bardzo jej się udał. Ryby z dodatkami zniknęły z przed jej nosa w błyskawicznym tempie. Chwyciła za szklankę z wodą mineralną.
- Nie smakuje ci?- zdziwiła się, bo jej wręcz przeciwnie. Mario nie zjadł nawet połowy dania, a zawsze był łasuchem i lubił kuchnię blondynki.
- Jest przepyszny.- uśmiechnął się pierwszy raz dzisiejszego popołudnia- Po prostu nie jestem głodny. Dokończę później. Przepraszam, nie mam jakoś apetytu.- ucałował ją w głowę, opuszczając pomieszczenie. Dziewczyna wiedziała, że coś jest nie tak. Nie chciała również naciskać. Schowała brudne naczynia do zmywarki, przetarła stół i blat wilgotną szmatką. Na koniec umyła w zlewie garnek, którego nie powinno się umieszczać w zmywarce. Kiedy kuchnia prezentowała się przyzwoicie, udała się do salonu. Spotkała tam sportowca, siedzącego na pufie i patrzącego pustym wzrokiem w szybę okna. To nie było w jego stylu. Zawsze głośny, uśmiechnięty, pełen energii. Sophie zastanawiała się, czy może Niemiec nie jest chory. Powoli podeszła w jego stronę i położyła dłonie na ramionach mężczyzny. Brunet przyciągnął zielonooką za rękę, tak że znalazła się na jego kolanach. Dziewczyna przytuliła go do siebie, właśnie tego potrzebował. Schował twarz w jej włosach, czując malinowy zapach szamponu, który używała. Trawali w swoim uścisku, przez jakiś czas.
- Widzę, że coś się dzieje.- zaczęła osiemnastolatka- Wiesz, że mi zawsze możesz wszystko powiedzieć? Może jakoś pomogę albo doradzę. A jeśli nie to po prostu wysłucham.- dokończyła, uśmiechając się do chłopaka.
- Wiem.- spojrzał w jej oczy. Mógł jej zawsze zaufać, wyżalić się. Między innymi o to chodzi w prawdziwym związku. Wspieranie się nawet w trudniejszych momentach.- Mam strasznego doła. W sumie nic się nie stało, ta cała atmosfera tak na mnie wpłynęła.- powiedział niezrozumiale dla Sophie.
- Słucham.- dała mu znak, że jest gotowa by wysłuchać dalszej opowieści. Wplotła swoje palce w dłoń Mario, by dodać mu otuchy.
- Jeszcze nie dostałem szansy, żeby pokazać się na boisku podczas prawdziwego meczu. Trochę mnie to męczy, ale czekam wytrwale. Bayern jest całkiem inny od Borussii. Chłopaki zachowują się jak roboty. Nie rozmawiają ze sobą prawie wcale. Każdy jest skupiony na piłce. To jest jak jakiś wyścig szczurów. Podlizyją się trenerowi, mają takie dziwne poczucie humoru. W Dortmundzie też dawaliśmy z siebie wszystko, ale często żartowaliśmy, śmialiśmy się razem. W szatni zawsze było głośno, a tu? Słychać muchę. Każdy patrzy w swój telefon albo słucha muzyki. Nikt nie poda ręki, gdy się potkniesz. Ba, jeszcze wbiłby nóż w plecy. Jeden kandydat do wepchnięcia się na boisko mniej, i tyle.- westchnął.- Trudno mi się tam odnaleźć.
- Żałujesz transferu?- zapytała. Było jej żal Goetze.
- Za wcześnie na takie stwierdzenia.- wyznał- Mają wysoki poziom, swój styl. Niby wszystko fajnie, spełniają się moje marzenia, trenuję u boku Guardioli. Trener sam w sobie jest w porządku. Wymagający, ale tego się spodziewałam. Nie przyjechałem do Bayernu na wakacje. Ale reszta drużyny... Oni są jak roboty zaprogramowane tylko na zwycięstwo. Porażka? Nie ma takiej opcji. A remis? Wstyd i hańba. Liczy się tylko wygrana, komplet punktów i pieniądze.
- Próbowałej z którymś porozmawiać jak kolega?- wtrąciła zmartwiona.
- Można tak powiedzieć. David wydawał mi się najnormalniejszy i najmniej fałszywy. Odpowiedział na parę pytań: tak, nie, może. Na bank się zaprzyjaźnimy.- dodał z sarkazmem.
- Wszystko się ułoży. Daj im i sobie trochę czasu. Może jeszcze cię do końca nie zaakceptowali...- próbowała wymyślić przyczynę zachowania sportowców.
- Nie wiem. Chciałbym, żeby było tak jak mówisz.- uśmiechnął się blado.- Nie gadajmy już o tym, ok?- poprosił.
- Jak wolisz.- pogładziła jego policzek.
- Nie chcę niszczyć sobie humoru, przez jakieś gwiazdeczki.- westchnął.
- I prawidłowo.- oświadczyła- Wolę jak się uśmiechasz.- wyznała. Niemiec od razu wyszczerzył się promiennie, tak jak wyglądało to na codzień. Jakby rozmowa, którą przed chwilą odbyli, nie miała miejsca.- Tak lepiej.
- Cieszę się, że mam się do kogo przytulić.- uścisnął ją mocno, lekko się kołysząc- Kocham cię bardzo mocno.
- Ja też ale... Mario, udusisz mnie zaraz.- zaalarmowała- Halo, brakuje mi powietrza!
- Już, już.- zaśmiał się, rozluźniając uścisk- Ale i tak cię nie puszczę.
- Mi tak bardzo wygodnie.- przyznała, przygryzając dolną wargę.- A właśnie, mieliśmy iść dzisiaj na imieniny do dziadka. Ale jeśli chcesz to zadzwonię i powiem, że nas nie będzie.
- Pewnie, że idziemy.- zaprotestował.
- Ale nic na siłę...- zaczęła.
- Idziemy. Tylko wezmę prysznic. A jakiś prezent mamy?- zapytał.
- Myślałam, żeby po drodzę wejść do sklepu. Kupi się jakieś czekoladki, liker do tego i dziadek będzie zadowolony.- oznajmiła.
- No dobra.- zgodził się- Lecę pod prysznic, idziesz może ze mną?- uniósł brew.
- Wtedy na pewno się nie wyrobimy.- wybuchnęła śmiechem- Leć.- wstała z jego kolan, aby mógł wstać.
- Szkoda.- zacisnął usta w wąską linijkę- No to innym razem się nie wymigasz.- wyszczerzył się.
- Idz już lepiej. Chcesz kopniaka na szczęście?- zażartowała.
- Obejdzie się.- wytknął język w stronę zielonookiej.- Jeszcze sobie krzywdę zrobisz.
- Ja tobie zaraz mogę krzywdę zrobić.- pogroziła mu palcem. Po chwili usłyszała, że chłopak odkręcił już kurki z wodą. Sama przeszła do garderoby, aby wybrać odpowiedni strój. Padło na niebieską sukienkę, która odsłaniała dekolt. Rzadko się tak ubiera, ale dziś postanowiła zrobić wyjątek. Co prawda, na imieninach będą tylko oni. Babcia szukała pretekstu, by jak najszybciej zaprosić ich ponownie. Polubili Mario, traktowali go jak członka rodziny. Blondynka odziała się w przyszykowaną kreację. Dobrała do niej kolczyki i bransoletkę. Pozostał jej tylko do zrobienia drobny makijaż.
- Mogę wejść, pomalować oko?- zapytała, pukając do drzwi łazienki.
- Pewnie, nawet dwa.- zaśmiał się Niemiec. Osiemnastolatka zawitała do pomieszczenia, kiedy sportowiec zapinał guziki przy mankietach koszuli. Miał na sobie ciemne dżinsy, a koszulę zdobiła kratka w różnych odcieniach niebieskiego.- Sophie, pięknie wyglądasz. Nic dodać, nic ująć.- ocenił, spoglądając na partnerkę.
- Dziękuję.- uśmiechnęła się, muskając rzęsy maskarą.- Co do kreacji, to dobraliśmy się idealnie.- zauważyła rozbawiona.
- Ma się to coś.- poruszył brwiami i powrócił do zapinania guzików.
- Czy ty zawsze musisz mnie rozśmieszać? Zaraz oko sobie wybiję.- westchnęła, kręcąc głową.
- Za to mnie kochasz.- wyszczerzył się- Już nic nie mówię.- obiecał. Ostatecznie dziewczyna dokończyła swój make-up i była gotowa do wyjścia.
- To co, idziemy?- zapytała, poprawiając kołnierzyk przy koszuli piłkarza.
- Panie przodem.- wskazał dłonią w stronę drzwi.- Wiesz, musisz zrobić prawko.
- Dlaczego?- zaskoczył ją. Miała w planach kiedyś udać się na egzaminy, ale nie rozmawiała z nikim o tym.
- No bo, jeśli nie jedziemy taksówką, to ja prowadzę. I nie mogę posmakować nalewki twojego dziadka.- wyznał. Zielonooka wybuchnęła śmiechem.
- Myślę, że wyjdzie ci to na dobre.- poklepała go po ramieniu.-Chodz tu mój biedaku.- chwyciła go za rękę.
- To niesprawiedliwe.- dodał, robiąc przy tym dziwny grymas twarzy.
- I chcesz mi powiedzieć, że pozwoliłbyś mi prowadzić swoje ukochane autko?- uniosła brew. Nastała chwila ciszy.
- Po pijaku ludzie mówią różne rzeczy. Nie miałbym innego wyjścia.- wybuchnął śmiechem, za co Sophie podarowała mu sójkę w bok. Zamknęli mieszkanie, po czym zjechali windą do garażu podziemnego.- Wiesz, to się nazywa przemoc w rodzinie. Zacznę się jąkąć przez ciebie.- śmiał się, zasiadając już za kierownicą swego auta.
- Nie filozofuj już lepiej.- puściła do niego oczko. Cieszyła się, że Niemcowi znacznie poprawił się humor. Zdecydowanie wolała go w wersji rozbawionego dzieciaka. Pokochała go ze wszystkimi wadami. To coś pięknego, wcześniej wierzyła w taką miłość tylko w filmach. A jednak... Życie potrawi każdego zaskoczyć.


*****
Bujała nogami w przód i tył coraz szybciej, co sprawiało, że huśtawka przyśpieszała. Przez chwilę poczuła się spowrotem jak niewinne dziecko. Wiatr rozwiewał jej blond włosy, które opadały na twarz. Śmiała się głośno, nie zwracając uwagi na to, co mogą powiedzieć inni ludzie. Na placu zabaw była tylko ona i on. Jej wierny przyjaciel, z którym rozumieli się bez słów. Po latach ponownie siedzą na tych samych bujawkach. Może lekko je odnowino, ale nie o to chodzi. Liczy się, że nawet kilometry nie były w stanie rozwalić ich przyjaźni. Jest jak za dawnych czasów, zmienili się tylko oni. Dorośli, mają różne obowiązki, zobowiązania, w ich życiach pojawili się nowi ludzie, inni odeszli. Mimo to, to nadal ta sama Sophie i ten sam Marcel.
- Mówisz, że próbował jeść zupę widelcem?- trzymała się za brzuch, ponieważ rozbolał ją od nadmiernego śmiania się.
- Na prawdę. Niezły mieliśmy z niego ubaw.- opowiadał o swoim koledze, którego uderzyło nadmierne spożycie napoji alkoholowych. Spotkał się z zielonooką pierwszy raz od jej powrotu do miasta. Ciągle się uśmiechała, z czego był bardzo zadowolony. Wiedział o jej związku z piłkarzem. Nie darzył go wielką sympatią, o czym Sophie miała świadomość. Marcel był raz powodem sporu pomiędzy nią a jej chłopakiem.- A Mario wie, że wyszłaś spotkać się ze mną?- zapytał, akcentując ostatnie słowo.
- Wie. Nie mamy przed sobą tajemnic.- rzekła spokojnie. Brunet przyjął informację do wiadomości.
- Widzę, że jesteś z nim szczęśliwa.- uśmiechnął się- Ale jeśli cię skrzywdzi, będę pierwszy, który go poobija.- dokończył, krzyżując ręce na piersi.
- Nie będzie takiej potrzeby.- zapewniła go- Chcesz gadać o Mario?- uniosła brew.
- Tylko ostrzegam.- wyszczerzył się- Oczywiście, że nie! To co robimy? Chodzmy do mnie, specjalnie posprzątałem.- ożywił się.
- To nie możemy zmarnować takiej okazji.- podniosła się z huśtawki.- Zapomniałam białych rękawiczek, nie zrobię ci testu.- udawała, że posmutniała.
- Poradzimy sobie. Pożyczę ci moje zimowe rękawice.- objął ją ramieniem, po czym obydowje kulili się już ze śmiechu.


****
Dziś krótszy, niż zawsze. Wybaczcie. W następnych bardziej się postaram, obiecuję :3 Mam jeszcze pytanie, wolicie dłuższe czy krótsze rozdziały? Piszcie w komentarzach ;) Czekam na motywację z waszej strony. Proszę, jeśli czytasz zostaw po sobie ślad w komentarzu. Dziękuję i pozdrawiam ;*

sobota, 27 grudnia 2014

ROZDZIAŁ 21-,, Na podbój Bawarii!"

Pudła, pudła, wszędzie pudła. Kto by pomyślał, jeden niewielki pokój, a tyle kartonów potrzebnych do zapakowania najpotrzebniejszych rzeczy. Sophie nie mogła rozstać się z swoimi płytami CD czy innymi drobiazgami, łączącymi się z masą wspomnień. Minęło sporo czasu zanim się z wszytkim uporała, ale dobry humor nie odstępywał jej nawet na krok. Cieszyła się, że wraca do miasta, w którym się wychowała. Wreszcie zacznie tak długo wyczekiwane, dorosłe życie. Będzie spełniać swoje marzenia, uczęszczając na uniwersytet w Monachium. Ale największą radość sprawiała zielonookiej myśl, że przy jej boku będzie trwał Mario. Zamieszkają pod jednym dachem. Można powiedzieć, że oby dwoje zaczną pisać nowy, wspólny rozdział w ich życiu. On w innym klubie, ona w innej szkole, jednak wciąż razem. Kiedyś bała się ich przyszłości, teraz patrzy do przodu z podniesioną głową. Ostatecznie udało się spakować wszystkie drobiazgi do kartonów. Mario razem z dwójką mężczyzn, którzy mieli bezpiecznie dostarczyć ich rzeczy do Bawarii, znosili pudła, po czym układali jej w dużej ciężarówce. Piłkarz poruszał się już bez gipsu czy buta ortopedycznego. Niestety nadal musiał się oszczędzać, co bardzo go denerowało. Gdy biegał czy ćwiczył na siłowni, a pot spływał po jego ciele, czuł się jak ryba w wodzie. Właśnie tego mu brakowało. Nie chciał stracić dobrej kondycji. Jednak trzeba ponosić konsekwencję za to, co robimy. Poradzi sobie, to nie pierwsza kontuzja Niemca. Wie, że wróci silnejszy. Przy okazji nauczy się cierpliwości i pokory. Tymczasem blondynka omiatała salon ostatnim spojrzeniem. Do pomieszczenia zawiatał jej rodzic, ciężko wzdychając.
- Czyli tak się czuje ojciec, którego dziecko opuszcza gniazdo...- uśmiechnął się, chowając ręce w kieszeniach dżinsów.
- Nie zauważysz, że mnie nie ma.- odpowiedziała wzruszając ramionami i odwzajemniając uśmiech.
- Moja córeczka sama w takim wielkim mieście...- westchnął- Ale nie zapomnisz o starym ojcu?- zapytał z nutką nadzieji w głosie.
- Będę dzwonić, pisać. Nie wyprowadzam się do innego kraju..- puściła w jego stronę oczko.- I nie będę sama. Mam Mario.- kiwnęła głową w kierunku drzwi między którymi, co chwilę przechodził jej chłopak, dźwigając kartony.
- No tak, jak mogłem zapomnieć.- wywrócił teatralnie oczami.- Wiesz, na początku myślałem, że to będzie krótkotrwały związek. Rozejdzie się po kościach. Jednak wspólne mieszkanie to duży krok do przodu.- stwierdził.- I chyba muszę przezwyczajić się z faktem, że tak szybko nie zrezygnujesz z tego gościa.
- Bardzo go kocham.- oznajmiła- I cieszę się, że nie żyjemy w czasach, kiedy rodzice wybierali dzieciom partnerów.- wzdrygnęła się. Piłkarz Borussii wybuchnął gromkim śmiechem.
- Koniec!- klasnął w dłonie uradowany Mario, wchodząc do pokoju dziennego- Nasze rzeczy są już w drodze do Monachium.- oświadczył.
- To będziemy się już zbierać...- powiedziała blondynka, biorąc torebkę z kanapy- Jeszcze raz pożegnaj ode mnie Lisę i mojego brata.- przytuliła go mocno.
- Dlaczego brata? Przecież nie znamy płci dziecka.- zdziwił się. Lisa chciała poczekać z tą informacją do porodu. Miała to być wielka niespodzianka dla wszystkich.
- Zobaczysz będzie chłopiec. A ja będę go ubierać, tak żeby każda dziewczyna w piaskownicu była jego.- zaśmiała się.
- Myślę, że na tym etapie wystarczy wiaderko i łopatka.- wtrącił rozbawiony brunet, przyglądający się całej scence.
- Oj cicho. Niszczysz moje plany.- rzekła, uśmiechając się.- Odezwę się, jak dojedziemy na miejsce.- wreszcie uwolniła się z ojcowskiego uścisku- Do zobaczenia!- pomachała, zajmując miejsce pasażera.
- Troszcz się o nią. To mój największy skarb i oddaje go w twoje ręce.- zwrócił się do młodszego.
- Poradzimy sobie. Będę pilnował jej jak oka w głowie.- zapewnił, chcąc otworzyć drzwi od auta, aby wsiąść.
- Jeszcze jedno!- zatrzymał go Weidenfeller- Powodzenia tam w Bayernie, pokaż im, co potrafisz.- oświadczył Niemiec. W końcu żegnał również kolegę, który opuszcza Borussię dla wroga.
- Dzięki.- odparł szczerze zdziwiony Goetze i zasiadł za kierownicą. Dziś Roman był dla niego miły, nawet życzył mu powodzenia. Czyżby topór wojenny zakopany? I odjechali, zostawiając za sobą żółto- czarne miasto.
- O czym tam gadaliście?- zapytała dziewczyna, która nie usłyszała końcowej wymiany zdań między mężczyznami.
- O życiu moja kochana. O tobie i o mnie.- powiedział rozmarzonym tonem.
- Rozumiem...- pokiwała głową- Myślisz, że nie pozabijamy się, mieszkając razem? Albo nie znudzimy się sobą? W końcu jakoś szybko to się potoczyło...
- Będę miał cię przy sobie, będę budził się obok ciebie rankiem. Będziesz krzyczeć na mnie, że zostawiam po sobie bałagan, będziemy razem oglądać głupie komedie, chodzić na spacery, na zakupy. Będzie po prostu idealnie. Tak, jak chciałem.- w policzkach chłopaka ukazały się urocze dołeczki.
- Wiesz, myślałam o tym, że inne pary, które spotykają się ze sobą kilka lat, boją się żyć pod jednym dachem.- zauważyła, zerkając na reakcję Niemca.
- My nie jesteśmy- inni. Nie mamy, na co czekać.- wplótł swoje palce w dłoń dziewczyny.- Jestem pewny, że nie będziesz niczego żałować.
- Wystarczy mi, że nadal będziesz częścią mojego świata.- rozpromieniła się.
- Obiecuję.- skradł jej całusa, po czym zielonooka oblała się rumieńcem.
- Nie mogę się doczekać.- wyznała uśmiechnięta- Czyli, kierunek Monachium.
- Na podbój Bawarii!- podsumował sportowiec. Blondynka zaśmiała się, widząc iskierki w oczach bruneta. Tak, jak ona był podekscytowany i chciał już znaleźć się na miejscu. Niemieckim autostradą nie można nic zarzucić, także droga minęła dość szybko. Młodzież zatrzymała się tylko dwa razy na stacji benzynowej, aby rozprostować kości. Z Dortmundu wyjechali o dziewiątej rano, a w Monachium zameldowali się chwilę po piętnastej. Bez problemów dotarli do nowoczesnego apartamentowca w centrum miasta. Goetze kupił tam urządzone już mieszkanie. Z tego miejsca piłkarz miał blisko na stadion, a przyszła studentka spokojnie przeszłaby się na uniwersytet pieszo. Uniknęłaby w ten sposób korków na drogach i nie musiałaby wstawać wcześniej, aby je ominąć. Oczywiście cena nie grała roli. Brunet chciałby było przestronnie, wygodnie i w miarę blisko do Alianz Areny. Wprowadził blondynkę do mieszkania, wcześniej otwierając przed nią drzwi. Znaleźli się w niewielkim korytarzu z komodą i wieszkiem na kurtki. Dalej przechodziło się do salonu. Pokój dzienny wydawał się być jasnym pomieszczeniem. Kremowe ściany, meble w lekkim brązie i wielkie okno od paneli po sam sufit. Można było przez nie podziwiać panoramę miasta, piękny widok. Na środku znalazła się spora kanapa w czarnym obiciu, kontrastująca z jasnymi elementami pokoju. Blondynka zachwyciła się pomieszczeniem, a zwłaszcza oknem na świat. Przy szybie ujrzała drobną pufę w kolorze sofy. Wiedziała, że od dziś będzie tam spędzać wiele czasu. Świetne miejsce na czytanie książki czy obserwowanie ulic i budynków z tej perspektywy. Salon i kuchnia oddzielono ścianą, na której umieszczono duży telewizor. Pomieszczenie obok zaopatrzono we wszystkie potrzebne sprzęty typu garnki, patelnie. Jednak lodówka świeciła pustkami, w najbliższej przyszłości trzeba będzie wybrać się na zakupy.
- Jejku... Tu jest cudownie.- podsumowała zadowolona dziewczyna, dotykając dłonią ciemnego blatu.
- Wiedziałem, że ci się spodoba.- uśmiechnął się triumfalnie.- Chodź, to nie wszystko.- porwał ją na drugą stronę mieszkania. Niemka zwiedziła jeszcze łazienkę, która była dwa razy większa niż ta w domu Weidenfellera. Jako wisienkę na torcie, Mario pokazał wybrance sypialnie połączoną z garderobą. Pokój przypadł do gustu zielonookiej. Wszystko stało na swoim miejscu idealnie, nie przestawiłaby nic. A pomieszczenie na ciuchy na pewno się przyda, biorąc pod uwagę, ile koszul posiada brunet. Mężczyzna właśnie objął Sophie.
- I...?- wyczekiwał na odpowiedz.
- Piękne mieszkanie. Takie nowoczesne i ciepłe. Zaprasza, żeby tu zamieszkać.- rzekła, odwzajemniając uścisk chłopaka.
- Jeśli chcesz coś pozmieniać... Mamy wolną rękę.- dodał, patrząc w jej rozpromienione tęczówki.
- Jest jedna rzecz.- wyszczerzyła się.- Wiesz, nie podoba mi się ten kolor ścian w korytarzu. To nic wielkiego. Tylko ta zieleń do mnie nie przemawia. Może z czasem się przezwyczaję.- wyznała.
- Można pomalować. Zaraz zadzwonię do tej firmy, która przywiozła nasze rzeczy. Znajdę ich numer. Zajmują się nietylko przewozem, remontują też domy, więc...- zaczął szukać po kieszeniach komórki.
- Zaczekaj.- zaśmiała się dziewczyna- Po co ich znowu fatygować? Mamy swoje pudła, a oni na pewno mają poważniejsze zgłoszenia niż jakieś ściany. Pomalujmy je sami.- zaproponowała. Niemiec spojrzał na nią podejrzliwie.
- Mówisz serio? W tymczasie, kiedy oni będą malować, możemy zrobić wiele ciekawszych rzeczy...
- Zamówimy farbę przez internet. Jutro odbierzemy ją w sklepie... Będzie fajnie.- wzruszyła ramionami.
- Dobra.- zgodził się- Ale to jutro. A teraz idziemy odpocząć.- oznajmił.
- Hahaha. Nie ma takiej opcji. Trzeba rozpakować kartony.- przypomniała.
- Nigdzie się nie pali. Zrobimy to później...- jęknął niezadowolony.
- O nie mój drogi. Bierz się za te z ciuchami, ja zajmę się kosmetykami.- wskazała brunetowi odpowiednie pudła.
- Mamo, ratuj.- wywrócił oczami, otwierając jeden z pierwszych kartonów. I właśnie w taki sposób Sophie z Mario spędzili kilka godzin. Wspólnymi siłami uporali się z pakónkami. Udało się pomieścić wszystkie koszule bruneta w garderobie, ba, nawet starczyło miejsca dla panny Weidenfeller. Wczesnym wieczorem blondynka zabrała sportowca na spacer. Dziewczyna dobrze znała tą część miasta, właśnie tu spędziła najpiękniejsze chwile dzieciństwa. Pokazała mężczyźnie skatepark, w którym stawiała pierwsze kroki na rampach. Odwiedzili park, jak i zdaniem zielonookiej najlepszą lodziarnię w Monachium. Przechadzali się uliczkami, aż znaleźli Subway'a. Tam zjedli kolację, ponieważ nie mieli już sił, by wybrać się na zakupy do sklepy spożywczego. Po skonsumowaniu wyśmienitych kanapek wrócili do ich wspólnego mieszkania. Pierwszy raz nie musieli się rozstawać, po mile spędzonym czasie w swoim towarzystwie. Blondynka nie potrzebowała kontrolować godziny, aby wrócić do domu ojca o właściwej porze. Bardzo jej się to podobało. Wreszcie dorosłe życie. Miała w planach znaleźć pracę, która nie kolidowałaby z zajęciami na uczelni. Wtedy była by w pełni niezależna.
***
Nie jest to dla nikogo zaskoczeniem, że jako pierwszy następnego dnia oczy otworzył brunet. Obserwował, śpiącą jeszcze przy jego boku kobietę i czuł się świetnie. W tej chwili miał siły, by przenosić góry. Przypomniał sobie, kiedy pierwszy raz spotkał Sophie. Od razu zauważył, że jest piękna lecz jego uwagę przykuły oczy blondynki. Później okazało się, że jest córką Romana. Wieki zbierał się w sobie, aby wyznać jej co czuje. Bał się, że dziewczyna się wystraszy albo go wyśmieje. Potem wszystko potoczyło się szybko, a teraz mieszkają razem. Jest największym szczęściarzem. Nic by nie zmienił w swoim życiu. Jak wróci do pełnej sprawności fizycznej będzie w siódmym niebie. Jego marzenie zacznie się spełniać. Czego chcieć więcej? Jednak piłkarz nie wiedział, co ma się wydarzyć. Jak wpłyną na niego nowe znajomości? Życie da mu porządną lekcję. To dopiero początek jego historii, ale nie wyprzedzajmy faktów. Mario próbował powoli wyjść z łóżka, jednak zbudził tym zielonooką.
- Gdzie ty się wybierasz?- przyciągnęła go do siebie, kładąc głowę na torsie bruneta.
- Na poranny jogging.- powiedział, gładząc jej włosy, które znajdowały się w kompletnym nieładzie.
- Przecież nie możesz jeszcze...- westchnęła, nadal nie otwierając oczu- Wczoraj sporo chodziliśmy, musisz się oszczędzać. Lepiej nic nie przyśpieszać.
- Masz rację.- przyznał.
- Jak zawsze.- uśmiechnęła się- Idz spać.
- Kochana nie ma spania już poranek.- zaśmiał się- Lecimy po farbę do sklepu i chwytamy za pędzle.
- Jeszcze pięć minut.- jęknęła. Usłyszała, że Mario poszukuje czegoś na stoliku nocnym.- Tylko nie próbuj...- nie zdążyła. Niemiec znalazł odpowiedniego pilota, po czym odsłonił żaluzje w oknie, a promienie słońca zaczęły drażnić powieki dziewczyny.- Nie masz serca.- prychnęła, odwracając się na drugi bok. Brunet wybuchł niepohamowanym śmiechem.
- Jesteś słodka, kiedy się tak fochasz.- wyszeptał do jej ucha.
- A idź mi...- machnęła ręką, okrywając się szczelniej kołdrą.
- Dalej wstawaj.- zaśmiał się, zabierając jej pościel.
- Jeszcze ci się odwdzięczę.- zagroziła- Pierwsza w łazience!- krzyknęła, biegnąc by zająć pomieszczenie.

****

- Popraw tą folię, bo nakapiesz farbą.- zauważyła zielonooka, poprawiając swój kapelusz z gazety, który zdobił jej głowę.
- No coś ty, ja?- oburzył się, a błękitna maź spłynęła z jego pędzla na podłogę.- Oj...
- Ja tego nie będę sprzątać.- załamała ręce.- Gorzej niż z dzieckiem.
- Nie przesadzajmy. Zabieramy się do roboty.- zaczął pokrywać ścianę nową farbą. Bawili się świetnie, brudząc siebie i wszystko do okoła. Dzięki Bogu, że zabezpieczyli wszystkie wartościowe rzeczy folią. Korytarz był małym pomieszczeniem, więc szybko pokryli go niebieskim kolorem.
- Jestem cała w niebieskiej farbie.- wybuchnęła śmiechem, przeglądając się w lustrze.- To przez ciebie!- dała mu sójkę w bok.
- Jestem niewinny. To pomówienia.- ucałował zielonooką w policzek, który wcześniej umazał farbą.
- Krasnoludki?- uniosła brew.
- Podstępne stworzenia.- oparł głowę na ramieniu panny Weidenfeller. Stali tak przez chwilę, wpatrując się w wspólne odbicie.- Ładnie nam w niebieskim.
- Prawie jak Smerfy.- oznajmiła- Ja jestem Smerfetką, a ty...- odwróciła się w jego stronę.
- No słucham, jestem ciekawy.- stykali się nosami.
- A ty Ciamajdą.- uśmiechnęła się, a brunet złożył namiętny pocałunek na jej wargach.
- Ale dobrze całuję.- wyszczerzył się.
- Kto ci to powiedział?- zmarszczyła brew.
- Twoje oczy mówią wszystko.- powiedział, po czym zaczął składać pocałunki na jej szyi.
- Mogłyby się czasem zamknąć. Nie musisz o wszytkim wiedzieć.- oznajmiła, łapiąc Niemca za podbródek.
- Oj muszę, muszę...- zaśmiał się, biorąc dziewczynę na ręce.
- Gdzie mnie niesiesz?- zapytała rozbawiona.
- Przyda się nam prysznic. Jeśli za rogiem czycha Gargamel? Nie może nas zdemaskować.- rzekł, zamykając stopą drzwi od łazienki.
- Chyba widzę tu drugie dno.- miała słuszne podejrzenia. Mario zdjął z niej T-shirt, po czym posadził blondynkę na szafce przy zlewie, opsypując ją pocałunkami.


****
I udało się napisać jeszcze w 2014! Jestem szczęśliwa, bo wena chyba powróciła. Wreszcie pisało mi się lekko :) Mam nadzieję, że wracam. Świąteczna atmosfera chyba dobrze na mnie wpłynęła ;) I jak oceniacie to powyżej? Rozdział miał się skończyć trochę inaczej... ale wyszło, jak wyszło. Chciałam pokazać tą mocną więź miedzy nimi. Niedługo zostanie ,,zachwiana" z resztą zobaczycie. Dopracowuję w głowie szczegóły :p Dlatego bez sielanki się nie obędzie. Jednak polubiłam Sophie i Mario więc niech mają swoje szczęście, trwałe jak bańka mydlana :D jestem straszna, wiem. Nie przedłużam. Komentujcie. To daje powera do pisania. Czekam na motywacje. Pozdrawiam!!! Do zobaczenia w 2015. Życzę wam i sobie dużo bramek strzelonych przez BVB i wygranych meczy. I przekazuję życzenia, które złożyła mi koleżanka: ,,Jak najmniej transferów z Borussii do Frayernu". xoxo





sobota, 13 grudnia 2014

Przepraszam...

Nie wiem, jak się tłumaczyć. Nie mam czasu na pisanie, szkoła wyciska ze mnie siódme poty. Myślę, że nie zmieni się to do końca tygodnia. Nie mam siły by pisać :'( nie chcę nic z siebie wymuszać, bo nie wyjdzie z tego nic ciekawego. Strasznie się boję o Borussię, o Reusa... Okienko transferowe już niedługo się otworzy, skaczę z radości -,- Potrzebuję przerwy. Wierzę, że Dortmund się podniesie i mam nadzieję, że Marco zostanie z nami...? Od niego zaczęła się moja miłość do BVB i nie chciałabym, aby poszedł w ślady Mario i Roberta :/ Sama muszę sobie wszystko poukładać i złapać oddech... Nie obiecuję, ale może dodam post może jeszcze w 2014... Zobaczymy... Mam nadzieję, że będę miała do kogo wrócić :') WESOŁYCH ŚWIĄT WSZYSTKIM! I SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!




wtorek, 2 grudnia 2014

ROZDZIAŁ 20-,, Mój drogi spalisz dom."

Decyzja została podjęta. Sophie i Mario zaczynają nowy rozdział w swoim życiu pt.,,Monachium". Dziewczyna zdała maturę na wysokich notach, a przyjęcie jej na wymarzony uniwersytet było kwestią czasu. Piłkarz zadecydował, że chce grać w Bayernie pod czujnym okiem Guardioli. Jednak media bardzo szybko wywęszyły sensację i nie było sensu ich zbywać. Goetze oficjalnie ogłosił, że kończy się jego ostatni sezon rogrywany w żółto-czarnych barwach. Kibice długo nie mogli w to uwierzyć. Jak to? Nasz Mario? Ten, który odkrywał swój talent właśnie tutaj, w Dortmundzie? Przechodzi do Bayernu Monachium? Jednego z największych rywali BVB na krajowym podwórku? Ludzie doznali szoku. Jedni prędko znienawidzili młodego Niemca. Wygwizdywali, wyzywali od zdrajców. Ale czy można taką osobę nazywać prawdziwym kibicem? Transfery to chleb powszedni w tym sporcie. Sportowiec ma potencjał, marzenia, cele, które chce osiągać. Oczywiście widok Mario w trykocie wroga nie będzie wywoływał na twarzach kibiców uśmiechu. Niestety taka jest piłka nożna i trzeba się z tym pogodzić. Właśnie tak postąpiła druga grupa fanatyków Borussii. Z szacunkiem chcieli pożegnać młodego piłkarza. Nie zapomnieli, jak wiele razy to właśnie jego nazwisko wykrzykiwali po strzelonej bramce. Jak wiele serca zostawiał na boisku. Nigdy nie mogli mu zarzucić braku poświęcenia. Atmosferę wśród kibiców podgrzewał zbliżający się finał w Lidze Mistrzów, Borussia Dortmund kontra Bayern Monachium. Goetze miał rozegrać swój ostatni mecz pod wodzą trenera Kloppa, przeciwko przyszłym kolegom z drużyny. Jednych zastanowiało, do której brami będzie strzelał? Każdy najmniejszy błąd ze strony bruneta, zostałby odebrany, jako celowy zamiar, aby podlizać się zawodnikom z Monachium. Jednak Mario nie miał okazji im udowodnić, że są w błędzie. Zerwał więzadła boczne, co spowodowało, że przedwcześnie zmuszony był zakończyć swoją grę w tym sezonie. Wcale nie cieszył się z takiego obrotu spraw. Chciał do ostatniej chwili pokazywać, ile jest wart. Można powiedzieć, że nie zdążył pożegnać się ze swoim pierwszym klubem. Niespodziewanie doznał kontuzji, a był pewien, że ma jeszcze czas, aby wspólnie z kolegami nacieszyć się rozgrywanymi meczami. Pozostało mu dopingować Borussię z trybun, co nie było dla niego takie miłe. Z tego miejsca nie uczestniczył bezpośrednio w grze. Nie mógł doprowadzić do akcji podbramkowej, obserwując wszystko z góry.
- Chcesz może coś do picia?- zapytała blondynka, kierując swoje kroki do kuchni.
- Nie, dzięki.- odpowiedział, zmieniając kolejne kanały w telewizorze. Pogodził się już ze złym losem. Siedząc z nogą w gipsie, praktycznie przyklejony do kanapy, miał czas na głębokie przemyślenia. Zaczęły go gryźć wyrzuty sumienia.
- Proszę.- postawiła przed nim szklankę z pomarańczowym napojem. Sama opróżniła już połowę zawartości swojego kubka.- Na pewno się skusisz. Twój ulubiony.- rzekła.
- Nie musiałaś...- westchnął, chwytając za sok.- Orzeźwiający.- uśmiechnął się, po wzięciu łyku napoju.
- Coś jest nie tak.- stwierdziła zielonooka, odkładając puste naczynie na stolik.- O co chodzi?
- Wydaje ci się.- zaprzeczył. Dziewczyna zrobiła minę, która zdradziła, że nie wierzy w jego słowa.- Oj Sophie, po prostu trochę szkoda mi, że nie zagram i tyle.- skłamał.
- Przecież to nie twoja wina, że akurat teraz trafiła ci się kontuzja. Wyzdrowiejesz i wrócisz na boisko. Nie zdążysz się nawet obejrzeć.- próbowała podnieść go na duchu.
- Ale to już nie będzie Signal...- zacisnął usta w wąską linijkę.
- Żałujesz tego kontraktu? Wiesz, formalnie jeszcze nic nie podpisałeś. Możesz się z wszystkiego wycofać...- zaczęła.
- Nie. Jadę z tobą do Monachium.- zapewnił ją tymi słowami.- Ciągle powtarzałem sobie, że zagramy jeszcze kolejny mecz. Będę miał czas, aby przezwyczaić się do myśli, że to ostatni raz...
- Nie mogłeś przewidzieć takiej sytuacji.- wplotła swoją dłoń, w dłoń Niemca.
- No tak...- czuł się strasznie. Nie lubił kłamać, a sam zrobił to przed chwilą kilkakrotnie. Do uszu zakochanej pary dotarł dźwięk dzwonka od drzwi. Ktoś zaszczycił ich swoją obecnością.
- Idę tylko dlatego, że masz porządny argument.- zaśmiała się, przechodząc do korytarza, gdzie wpuściła do domu Marco.- Siemka.
- Cześć i czołem. Przyszłem odwiedzić chorego.- oznajmił, przeczesując palcami blond włosy.
- Myślę, że przyda mu się trochę męskiego towarzystwa.- powiedziała, wracając do pokoju dziennego już z gościem.
- Cześć stary.- uśmiechnął się brunet w stronę przyjaciela.
- To, że jestem starszy o trzy lata, nie znaczy, że zaliczam się do tych starych ludzi, gówniarzu.- wytknął język do Goetze, po czym zajął miejsce obok kumpla.
- Wiecie co, chyba zrobie ciasto marchewkowe na deser. Ktoś chętny?- ujrzała ręce mężczyzn w górze.- No, to grzecznie mi tu.- ostrzegła i zajęła się poszukiwaniem wszystkich potrzebnych składników do zdrowego wypieku. Znała cały przepis na pamięć, więc nie wspomagała się żadną książką kucharską czy stronami internetowymi. Sprawnie starła wszystkie marchewki i wymieszała z wcześniej przygotowaną masą. Później do rozgrzanego piekarnika wstawiła blachę z surowym ciastem. Umyła naczynia, po czym już osuszone odstawiła na przeznaczone dla nich miejsca. Kiedy kuchnia prawie lśniła, zdjęła fartuch i wróciła do sportowców. Rozmawiali o czymś, nadmiernie gestykulując. Co chwilę któryś z panów wybuchał śmiechem. Będzie im ciężko przetrwać taką rozłomkę. Sophie dobrze wiedziała, co to znaczy. Sama tego doświadczyła. W Monachium zostawiła babcię, dziadka i Marcela. Lecz jeśli im udało się utrzymać kontakt, nie jest to niemożliwe i Goetzeus ma szanse przetrwać. Blondyn poprawił humor Mario, co wcześniej nie udało się zielonookiej. Piłkarz udawał, że wszystko jest w porządku, ale słaby z niego aktor. Wyższy udał się do toalety, po czym panna Weidenfeller wtuliła się w bruneta.
- Pięknie pachnie.- stwierdził, obejmując ją ramieniem.- Aż zrobiłem się głodny.
- Miejmy nadzieję, że będzie smaczny.- uniosła kąciki ust do góry.
- Twoje ciasto? Zawsze i wszędzie.- powiedział i pocałował dziewczynę w policzek.
- Hej Mario, a ten twój samochód do kasacji, czy będą go jeszcze klepać?- pytała klubowa 11-nastka, wchodząc do pomieszczenia. W domu Goetze zapadła dłuższa cisza. Właściciel posesji gromił wzrokiem przyjaciela, a zielonooka odsunęła się od chłopaka i próbowała ułożyć sobie w głowie wszystkie informacje. Sportowiec mówił jej wcześniej, że oddał auto do serwisu na zwykły przegląd, więc jaką kasację miał na myśli Reus?- Yyy... Wiecie, ja będę się zbierał.- zaczął piłkarz- Późno się zrobiło. Wpadnę jeszcze kiedyś.- i tyle go widzieli.
- Możesz mi to jakoś wyjaśnić?- skrzyżowała ręce na brzuchu, czekając na usprawiedliwienie chłopaka.
- Nie mówiłem nic, bo nie chciałem cię martwić.- oświadczył zmieszany.
- Więc...?- ponagliła go.
- Bo z tą nogą, to tak nie do końca prawda.- skinął głową na gips- Chodzi o to, że nie nabyłem tej kontuzji na trenigu. To było po jednym z meczy. Byłem wypompowany. Ale przypomniało mi się, że obiecałem mamie dowieźć jakieś domowe lekarstwa dla cioci do Memmingen. A, że miałem to zrobić wcześniej tylko zapomniałem to musiałem jechać.- zakłopotany podrapał się po głowie.- No i kiedy już wracałem... Zmęczenie wzięło górę, nie wiem, jak to się stało. Po prostu uderzyłem w drzewo.- blondynka otworzyła szerzej oczy.- Wszystko było w porządku. Tylko samochód nie mógł już jechać dalej. No i noga bolała. Zadzwoniłem po Reusa. Odholował mnie. W klubie ubłagałem lekarzy, aby zapisali w papierach, że zerwałem więzadła na porannym treningu. Gdyby gazety coś wywęszyły... Już i tak wystarczająco często jestem na pierwszych okładkach.- zakończył, ciężko wzdychając.
- Jak mogłeś mi o tym nie powiedzieć? Wiesz, jak brzydzę się kłamstwem? To zwykłe tchórzostwo.- starała się być opanowana.
- Właśnie chciałem uniknąć kłótni.- rzekł smutno.
- A co, gdyby Marco się nie wygadał? Jak długo byś to ukrywał? Jak mogłeś wsiąść za kierownicę tak zmęczony?- zasypywała go lawiną pytań, unosząc głos.
- Nie wiem. Pewnie bym sam ci o tym powiedział. Obiecałem mamie już dawno, że to zawiozę i...- tłumaczył się.
- To dlaczego nie zrobiłeś tego wcześniej, kiedy miałeś czas? Zawsze wszystko robisz na ostatnią chwilę. Jak można być tak nieodpowiedzialnym? Masz dwadzieścia dwa lata! Mogłeś spowodować wypadek! Potrącić kogoś! A co, gdyby tobie się coś stało? Pomyślałeś o rodzicach, o rodzeństwie, o Marco, o mnie?- załamał jej się głos.- Przecież nic by się nie stało, gdybyś przenocował w Memmingen.
- Wiem, źle zrobiłem. Mam karę.- znowu wspomniał o nodze.- Ale myślałem, że dam radę...
- Chyba właśnie nie myślałeś i tu jest problem.- oznajmiła szorstko, po czym przeszła do kuchni, aby wyłączyć piekarnik, który dał o sobie znać. Wyjeła z niego gorącą blachę, zabezpieczając wcześniej ręce szmatką. Postawiła ciasto na blacie, jednak przypadkiem dotknęła opuszkiem palca rozgrzanej formy.
- Cholera...- syknęła z ból, chłodząc dłoń pod strumieniem zimnej wody. Była zdenerwowana. Strasznie przejęła się opowieścią brązowookiego. Przecież mogła już go więcej nie zobaczyć. Zaskoczył ją swoją głupotą i to bardzo negatywnie. Brunet podszedł o kulach do Sophie. Oparł się o szafki, dzięki czemu mógł ustać samodzielnie. Obejrzał popażoną rękę blondynki, po czym wyjął z szuflady apteczkę. Użył kilku plastrów i opatrunek gotowy. Na koniec ucałował zraniony palec, jakby miało to go natychmiast uzdrowić.
- Gniewasz się?- zapytał, wpatrując się w zielone teńczówki kobiety.
- No coś ty.- sarknęła.
- Przepraszam, gdybym wiedział... Egh... Każdy popełnia błędy.- jęknął załamany.
- Ten mógł cię kosztować życie. Zostawiłbyś mnie tu samą.- przymknęła powieki.
- Ale jestem tutaj i będę. Przepraszam, nie chciałem cię denerwować. Wiedziałem, że tak się tym przejmiesz.- oznajmił, zbliżając się do blodynki. Ta niespodziewanie, mocno go przytuliła.
- Mógłbyś czasem użyć tego mózgu. Jak nie dla siebie, to chociaż dla mnie.- uderzyła go otwartą dłonią w plecy, po czym wyrwała się z uścisku. Opuściła dom Niemca, który nawet niezdążył zaprotestować.
- Świetnie. Czyli ciche dni. Dzięki Reus...- powiedział sam do siebie, biorąc większy wdech. Spodziewał się, że dziewczyna wróci. Miała u niego zamieszkać na kilka dni, ponieważ lekarz kazał mu się oszczędzać. Widział strach w jej oczach. Poczuł się głupio. Zranił osobę, którą kocha z wzajemnością. Nigdzie nie znalazłby takiej drugiej. Potrafiła wylać mu na głowę kubeł zimnej wody, aby zdał sobię sprawę z tego do czego mógł doprowadzić. Zależało jej na chłopaku i nie wyobrażała sobie życia bez niego. Z jednej strony cieszył się, że Sophie już wie o całym zajściu. Nie lubił mieć przed nią tajemnic i wyrzuty sumienia nie dawały mu spokoju. Teraz wystarczy mu tylko błagać jego miłość o wybaczenie. Szykuje się dłuższa i szczera rozmowa. Położył się na sofie, rozmyślając, po czym zmógł go sen. Wtymczasie blondynka wybrała się na spacer z młodym labradorem. Co prawda to pies Lisy, ale modelka nie protestowała, a zwierzakowi przyda się wybiegać. Charlie potrafił już chodzić na smyczy, lecz każdego mijanego psa, chciał zaprosić do zabawy. Pupil długonogiej wyszalał się w parku, gdzie biegać już bez sznurka. Sophie rzucała mu żółtą piłeczkę, a ten szybko ją odnajdywyał. Młody szczeniak miał jednak problem z oddawaniem zabawki, co strasznie rozbawiało zielonooką. Postanowiła, że kiedyś będzie musiała sprawić sobie takiego przyjaciela. W schroniskach nie brakuje gotowych do adopcji psów, jaki i kotów. Na świeżym powietrzu zapomniała o wcześniejszym wydarzeniu. Miała żal do Goetze. Nie mieściło jej się w głowie, jak można było zrobić takie głupstwo. Dzięki Bogu, że skończyło się to tylko na kontuzjowanej nodze piłkarza. Nie chciała nawet wyobrażać sobie, do czego mogło dojść. Nie da się tak łatwo przeprosić, jest na niego zła, ale już niewściekła. Bardzo go kocha, toteż nie zostawi Mario samego z gipsem. Zdecydowała, że czas wracać. Przypięła smycz do obroży labradora i ruszyli w drogę do domu Weidenfellera. W wejściu przewitała ich blondynka z widocznie zaokrąglonym już brzuszkiem.
- Jesteśmy!- oznajmiła dziewczyna, wpuszczając szczeniaka do mieszkania. Pies nawet nie zauważył swojej właścicielki. Pognał do miski z zimną wodą.
- Ale go wymęczyłaś. Będzie spał, jak zabity.- zaśmiała się ciężarna, obserwując poczynania jej pupila.
- Proszę bradzo. Trudno mu ją jeszcze odebrać.- wręczyła piłeczkę w dłoń modelki.
- Wiesz, treser Roman nadal nad tym pracuje.- oświadczyła, po czym obie kobiety wybuchnęły gromkim śmiechem.
- Masz jakiś pomysł na kolację dla obłożnie chorego sportowca?- uśmiechnęła się, wiedzą, że mężczyźni często przesadzają z odczuwaniem bólu.
- Hym... Na twoim miejscu przygotowałabym coś lekkiego... Może tortille z kurczakiem i warzywami?- zaproponowała.
- Dobry pomysł.- odparła młodsza Niemka.- To lecę gotować. Do zobaczenia!- pożegnała się, po czym skierowała swoje kroki do posesji sportowca. Zajęło jej to tylko piętnaście minut. Słońce powoli chowało się za horyzontem. W domu piłkarza słychać było tylko włączony telewizor, właśnie tam poszła blondynka. Na kanapie leżał śpiący brunet. Przykryła go cieńkim kocem i wyłączyła odbiornik. Zawitała w kuchni, aby przygotować ostatni posiłek tego dnia. Pokroiła wszystkie składniki, a potem podsmażyła je na patelni. Nie było to jakieś skomplikowane danie, więc miała nadzieję, że się uda. W pomieszczeniu pojawił się młody Niemiec, wyraźnie uradowany widokiem swojej dziewczyny.
- Wróciłaś. Myślałem, że...- oznajmił, siadając na kuchennym krześle.
- Jak widać. Nie zostawiłabym cie samego.- powiedziała chłodno, zawijając farsz w tortillach.
- Jesteś jeszcze zła?- zapytał retorycznie. Wiedział, jakiej odpowiedzi może się spodziewać.
- Nie, no coś ty.- prychnęła.- Wiesz, nie zależy mi na tobie, więc jedno drzewo nie robi na mnie wrażenia.- sarknęła, stawiając przed nim talerz z ciepłym posiłkiem.- Smacznego.
- Dzięki. Wzajemnie.- rzekł niezadowolony. Nie lubił, gdy zielonooka zwracała się do niego tak szorstko. Chyba wolałby, żeby milczała. Sophie zjadła swoją porcję szybciej, po czym schowała brudne naczynia do zmywarki. Zostawiła bruneta samego w kuchni i przeszła do łazienki. Wzięła długi i gorący prysznic. Tego było jej trzeba. Wysuszyła włosy, umyła zęby. Ubrana w czarne szorty i granatowy T-shirt, który miał posłużyć jej za pidżamę, udała się do sypialni Mario. Chciała się położyć i zasnąć, nie myśląc już nadmiernie o kontuzjowanym mężczyźne. Jednak ten nie poddawał się bez walki. Kiedy sam się odświeżył, zajął miejsce obok blondynki, lecz miał inne zamiary niż odwiedziny Krainy Morfeusza.
- Sophie, możemy pogadać? Wiem, że nie śpisz.- oznajmił, wsuwając dłonie pod swoją głowę.
- O czym?- udawała, że się nie domyśla.
- Ok, dałaś mi do zrozumienia, że nie wszystko jest w porządku. Nie mogłem przewidzieć, że uderzę w to drzewo. Zapomnijmy o tym i po sprawie.- zaproponował.
- Wiesz, co Goetze...?- zapytała.- Na prawdę mi ciebie żal. Dobranoc.- skończyła, nie dowierzając w to, co usłyszała przed chwilą.
- Ale zaraz!- zaprotestował- Jak długo chcesz mnie teraz zbywać?- złapał ją za ramię, chcą aby spojrzała na niego, ponieważ leżała zwrócona plecami do niego.
- Daj mi spać.- okryła się mocniej kołdrą, nie zmieniając pozycji.- Jestem zmęczona. Pogadamy jutro.- zakończyła. Zielonookiej nie spodobała się wcześniejsza wypowiedz piłkarza. Oczywiście, że mógł przewidzieć, co może wydarzyć się na drodze, jeśli prowadzi niewyspany. To właśnie jest odpowiedzialność- przewidywanie. Jeśli doszło już do wypadku, musi wyciągnąć z niego wnioski, a nie wymazywać zdarzenie z pamięci. Jest przecież dorosły, nie potrzebuje pomocy mamy, aby przejść przez ulicę.

Następnego dnia
Jak to zwykle bywa, Mario obudził się pierwszy. Chwilę zastanawiał się, czy jego pomysł jest odpowiedni, a kiedy doszedł do wniosku, że zaryzukuje, zbudził śpiącą jeszcze dziewczynę.
- Co chcesz?- jęknęła zaspana, przysłaniając ręką oczy przed jasnym światłem wpadającym zza okna.
- Już jest jutro. Powiedziałaś, że pogadamy.- oznajmił zadowolony z siebie.
- Przecież nigdzie się człowieku nie pali...- westchnęła, zamykając powieki.
- Nie śpij.- potrząsnął blondynką- Więc... Oświeć mnie, o co ci chodzi.
- Jesteś taki denerwujący...- mruknęła, przeciągając się. Stwierdziła, że nie pośpi już dłużej. Usiadła na łóżku, przecierając oczy.- Dobrze, chcesz wiedzieć, nie ma problemu.- spojrzała w jego brązowe tęczówki.- Odnoszę wrażenię, że nie zdajesz sobie sprawy z powagi sytuacji. Mogłeś zginąć na miejscu, ale co tam, ty masz to w dupie. Chyba nadszedł czas, żeby dorosnąć. Zacząć być odpowiedzialnym człowiekiem, bo masz dla kogo żyć, tak się składa. Nie doceniasz tego co masz i tyle. Takie jest moje zdanie. Dziękuję bardzo, skończyłam.- klasnęła w dłonie. Zanim chłopak coś odpowiedział, panna Weidenfeller zeszła na dwór. Ułożyła się wygodnie na leżaku w ogrodzie Niemca. Wiosenny poranek okazał się być bardzo ciepłym. Promienie słońca delikatnie muskały twarz dziewczyny. Słyszała śpiew patków, a w tle samochody śpieszące się, nie wiadomo gdzie. Miło jest czasem zatrzymać się, aby dostrzec piękno wokół siebie. Sophie wpatrywała się w jasne obłoki na niebie, przybierały one różne kształty. W codziennym pośpiechu rzadko unosi głowę, aby spojrzeć do góry, podziwiać naturę. Właściciel zadbanego podwórka usiadł na drugim leżaku zaraz przy blondynce. Odstawił kule na bok, po czym zaczął mówić.
- To nie tak, że mam ten wypadek w dupie. Na początku przeraziłem się strasznie. Całe życie przeleciało mi przed oczami. Teraz mam nauczkę. Na pewno nie wsiądę zmęczony za kierownicę. Masz to jak w najlepszym banku.- wyznał zgodnie z prawdą.
- To wszystko?- uniosła brew.
- Posłuchaj, przepraszam. Przepraszam za to, że od razu cię nie poinformowałem. Gdybym cofnął się w czasie, nie postąpiłbym tak znowu. Zostałbym na noc w Memmingen albo pojechał tam następnego dnia.- oznajmił.
- I co z tego? Nie wynaleziono jeszcze żadnego wehikułu. Zejdz na ziemię.- doradziła mężczyźnie- Właśnie o to, mi chodzi. Zachowujesz się jak dzieciak.
- Postaram się dorosnąć, dobra? Masz rację, nie pomyślałem o skutkach tej przejażdżki.- westchnął- Ale zmienię się. W końcu nadszedł ten czas, aby zacząć brać odpowiedzialność za to, co robię. Przypomina mi o tym gips.- spojrzał na nogę.-Teraz nie jesteś już zła? Jeszcze trochę i zwariuję w takiej atmosferze.
- Miło, że zrozumiałeś, co się do ciebie mówi.- przysiadła obok bruneta, po czym chwyciła jego twarz w dłonie- Uważaj na siebie, bo cię kocham. Postaw się w mojej sytuacji.
- Też cię kocham. Nie chcę nawet o tym myśleć.- pokręcił głową, odganiając obrazy wytworzone przez jego wyobraźnię. Złożył na ustach zielonookiej pocałunek prosto z serca.
- Teraz powinnam być obrażona na ciebie, bo obudziłeś mnie tak wcześnie.- zaśmiała się.
- Mam już dość fochów na długo.- gładził dłonią jej policzek- Myślę, że da się to jakoś złagodzić. Zrobię śniadanie.
- Mój drogi spalisz dom.- uśmiech nie schodził jej z twarzy.
- To mi pomożesz.- wyszczerzył się. Wspólnie udali się do kuchni, aby przygotować najważniejszy posiłek dnia.


***
Dzięki chorobie miałam czas, żeby napisać coś dla was. Od razu uspokajam, Mario i Sophie nie będą się kłócić w każdym rozdziale :D ale nie lubię, kiedy jest za słodko. Niestety wyjeżdżają do Monachium, przez chwilę się wahałam, ale ostatecznie jest, jak jest ;) Cieszę się, że moje opowiadanie wywołuje u niektórych z was tyle emocji :) Dzięki wielkie za motywujące komentarze, może to już nudne, ale muszę podziękować :* Miło wiedzieć, że ktoś to czyta :* Gorąco pozdrawiam, bo robi się coraz zimniej :/