niedziela, 28 września 2014

ROZDZIAŁ 13-,, Nie wierzysz?"

Mimo że, wczoraj bawili do późnej godziny, on już nie spał. Leżał na boku i obserwował bliską jego sercu osobę. Na jej twarzy gościł delikatny uśmiech, a włosy miała rozrzucone na wszystkie strony świata. Wydawała mu się być najciekawszym obiektem do podziwiania. Kąciki jego ust również powędrowały ku górze na wspomnienie minionego wieczoru. Pierwszy raz widział Sophie, która się czegoś bała. Nigdy w życiu nie zgadłby co było tego przyczyną. Taka silna kobieta i strach przed pająkami. To dziwne, lecz blondynka po prostu czuła na sobie jego spojrzenie. Chwyciła leniwie za poduszkę, która znalazła się pod ręką.
- Goetze nie gap się! Ja tu śpie!- powiedziała, jeszcze z zamkniętymi oczami. Uderzyła Niemca miękkim jaśkiem, po czym przekręciła się na drugi bok. Mężczyzna zupełnie zaskoczony zachowaniem dziewczyny, wybuchnął śmiechem.
- Po nazwisku... Czyli jeszcze ci nie przeszło.- stwierdził, podnosząc się na łokciach. Nie widział jej twarzy ponieważ zmieniła swoją pozycję.
- Weź idz spać...- wymamrotała zaspana. Sportowiec postanowił, że nie będzie męczył swojego gościa. Zegar wskazywał dopiero 9. Po cichu opuścił sypialnie, kierując swoje kroki do pokoju, w którym nocował chłopczyk. Uchylił lekko drzwi, chcąc dyskretnie sprawdzić, czy malec jeszcze śpi. Jak się okazało, Mike siedział na łóżku bawiąc się swoim dinozaurem.
- Wuja!- uśmiechnęło się dziecko, dostrzegając krewnego w progu. Mario przykucnął przy chłopczyku.
- Cześć, i jak sie spało?- zapytał, czochrając blond włosy malca.
- Dobrze, ale jestem trochę głodny.- wyjaśnił, kładąc dłoń na brzuszku. Piłkarz przebrał Mika w czyste ciuchy i razem zeszli na dół, do kuchni.
- Na co miałbyś ochotę?- zadał pytanie mężczyzna, sadzając dziecko na krześle.
- Nie wiem... Ale mój dionozaur też jest głodny.- oznajmił, machając nogami.
- Jego też nakarmimy.- zaśmiał się ten starszy- A czy dinozaur lubi czekoladowe płatki z mlekiem?
- Bardzo!- krzyknął zadowolony propozycją wujka, chłopczyk. Kiedy i dinozaur, i Mike zjedli odpowiednią porcję paliwa, sportowiec włączył dziecku bajkę w salonie. Sam jeszcze nie skonsumował śniadania. Chciał dotrzymać towarzystwa blondynce. Przeszedł do swojej sypialni, gdzie dziewczyna jeszcze przebywała w krainie Morfeusza. Postanowił, że ją obudzi. Może to egoistyczne, ale miał zamiar spędzić z nią jak najwięcej czasu przed dłuższym rozstaniem. Zgrupowanie kadry już niebawem.
- Wstajemy, wstajemy!- klasnął w dłonie, odsłaniając rolety w pomieszczeniu.
- Uważaj, bo biegne.- prychnęła- Węź mi to zasłoń...- jęknęła, zakrywając ręką oczy, do których chciały się dostać promienie słoneczne.
- Wiem, że moje łóżko jest boskie prawie jak ja, ale co za dużo to nie zdrowo.- oznjamił.
- Jak zawsze skromy Mario.- zakpiła, układając się na brzuchu.
- Posłuchaj kochana.- brunet przybliżył się do niej, tak aby dobrze go słyszała- Za 10 minut jesteś na dole, albo razem z Mikem odwiedzimy cię z kubłem zimnej wody.
- Jaki ty jesteś wredny...- cicho westchnęła. Mario zadowolony z efektów, jakie udało mu się osiągnąć wyszedł z pokoju. Sophie podeszła do lustra, po czym ułożyła włosy, aby prezentowały się w miarę przyzwoicie. Zarzuciła na siebie szarą bluzę piłkarza. Listopadowy ranek nie należy do najcieplejszych, a jej nie chciało się jeszcze przebierać. Przeszła do kuchni, w której krzątał się pan domu.
- Dzień dobry!- przewitał ją z wielkim etuzjazmem- Fajna bluza.- zauważył swój ciuch.
- A tobie nie jest zimno?- uniosła brew. Brunet paradował w bawełnianej piżdżamie.
- Ja jestem gorący chłopak.- powiedział, zalewając wrzątkiem kubki z ziarnami kawy.
- Po co budzisz mnie tak wcześnie?- zapytała zła, siadając na krześle, przy małym stoliku.
- Bo cię lubie.- wzruszył ramionami.
- Goetze, denerwujesz mnie.- podsumowała, podpierając głowę ręką.
- Oj spokojnie.- zaśmiał się, stawiając przed nią gorący napój- Zrobiłem dla nas śniadanie.
- I nie spaliłeś przy tym kuchni?- zdziwiła się.
- Tosty robie najlepsze na świecie.- wypiął dumnie pierś. Każdy kto go znał, wiedział, że zdolności kulinarnych chłopak nie posiada. Młodzieniec postawił na stoliku spory talerz z różnymi kanapkami, po czym dosiadł się do koleżanki.
- Czyli bojisz się pająków...- złączył palce przy rękach, jak jakiś psycholog, czym wywołał wybuch śmiechu u blondynki.
- Tak boje. I co z tego?- zapytała, biorąc łyk pobudzającej kawy.
- W sumie to nic. Fajnie się z tobą spało.- wyszczerzył się młody Goetze.
- Pierwszy i ostatni raz.- szturchnęła go w ramie- Strasznie kopiesz się w nocy.
- A w tej bajce były smoki.- spojrzał na nią wzrokiem, który mówił wszystko.
- Nie wierzysz?- zapytała rozbawiona.
- Nie.- udawał obrażonego, po czym chwycił po tosta. Sophie miała z niego wielki ubaw. Nie potrawiła się na niego długo gniewać. To nie możliwe. Ten człowiek jest pełen pozytywnej energii. Nie da się przy nim nudzić.



******
Siedziała na swoim łóżku, wpatrując się w laptopa. Był jedynym źródłem światła w pokoju. Rolety w oknie odsłonięte, lecz o tej godzinie na dworzu już dawno uruchamiano latarnie, oświetlające ludziom chodniki. Rozmawiała z Mario przez Skypa. Piłkarz, tak jak jej ojciec, wyjechał na zgrupowanie kadry. Z obydwoma utrzymała kontakt.
- A on żyje wogóle?- zapytała rozbawiona. Miała na myśli kolegę Goetzego, z którym dzielił pokój. Nie trudno się domyślić, że był nim Reus. Blondyn leżał na brzuchu od dłuższego czasu, nie zmieniając pozycji.
- Dostaliśmy dziś w kość na boisku. Padł, jak mucha.- wyjaśnił rozbawiony brunet.
- A ty nie jesteś zmęczony?- dopytywała.
- Jestem, ale nie na tyle, żeby nie móc z tobą rozmawiać. Tęsknie, wiesz?- oznajmił szczerze. Bardzo pozytywnie zdziwiła się jego wyznaniem, ale nie dała tego po sobie poznać.
- No racja, trochę nudno bez ciebie...- wyznała, posyłając uśmiech rozmówcy.
- Jak wróce to jeszcze będziesz miała mnie dość.- zauważył rozbawiony.
- Oj to na pewno.- zawtórowała mu.
- Aż dziwne, że nie kujesz o tej porze.- zauważył spostrzegawczy Goetze.
- Jutro nie idę do szkoły. I jakoś nie mam ochoty na naukę.- powiedziała, zakładając przeszkadzający jej kosmyk włosów za ucho.
- Dlaczego? Chora jesteś?- zaniepokoił się brunet.
- Niee.- zaśmiała się, rozbawiona przesadną troską piłkarza- Wizyta kontrolna u arelgologa. Raz na pół roku muszę się zbadać.- wyjaśniła.
- Nie strasz mnie tak więcej.- teatralnie złapał się za serce.
- Zaraz wróćę, dobra? Skoczę po koc, bo chłodno się robi.- rzuciła, wstawając z posłania.
- Leć, poczekam.- oznajmił chłopak. Cieszył się, że może chociaż wieczorem porozmawiać z blondynką. Wreszcie przyznał to sam przed sobą. Zakochał się. Zakochał się, jak nastolatek w Sophie Weidenfeller. W tym czasie dziewczyna w szybkim tempie pokonała schody, po czym udała się do salonu. Na kanapie leżała Lisa, czytając jakąś grubą książkę.
- Przyszłam po koc.- oznajmiła młodsza i zaczęła przeszukiwać szafę.
- To w tamtej szufladzie obok okna.- wskazała miejsce blondynce, po czym wzięła garść orzeszków ziemnych.- Zaraz powinno zrobić się cieplej. Podkręciłam temperaturę na piecu.- Sophie przyjęła informację do wiadomości.- Masz może ochotę?- przechyliła miseczkę w jej stronę.

- Nie, dziękuję.- odpowiedziała grzecznie, trzymając w ręce puchowe nakrycie.- Pozdrów ojca.
- Na pewno nie zapomnę.- zaśmiała się cicho, po czym wróciła do lektury. Nastolatka wróciła do swojego pokoju. Już na pierwszy rzut oka widać było, że relacje w domu Weidenfellerów uległy sporej zmianie.
- Jestem!- oznajmiła z entuzjazmem, siadając przed laptopem. Narzuciła na siebie koc, co spowodowało, iż po jej ciele przeszedł lekki dreszcz.
- Widzę, wiedzę.- uniósł kąciki ust ku górze- Wyjeżdżasz na święta do Monachium?
- Tak, już nie mogę się doczekać...- rozmarzyła się na wspomnienie o wypiekach babci.
- Znowu rozłomka...- posmutniał, przeczesując dłonią brązowe włosy.
- Będę tam tylko tydzień z całego wolnego, jakie mamy. Babcia z dziadkiem wyjeżdżają do sanatorium, dlatego wrócę wcześniej.- wyjaśniła chłopakowi.
- Kamień z serca.- odetchnął z ulgą.
- Nie przesadzajmy. Przecież zwykłe kilometry nie zniszczą przyjaźni.- zapewniła.
- Masz rację.- coś w nim krzyczało. Chciał wyznać jej wszystko co czuje. Zwyczajnie tchórzył przy każdej dobrej okazji. Bał się odrzucenia. Postanowił. Jeszcze w tym rok musi zebrać w sobie odwagę. Zrobi to. Nie wie jeszcze jak, ale to nieważne. Sophie zawróciła mu w głowie, jak nikt inny.


*****
Brak mi słów... Same widzicie to powyżej ;-; przepraszam nie mogłam tu nic więcej z siebie ,,wydusić"... Obiecuję, że kolejne rozdziały będą dłuższe i ciekawsze. Tutaj same dialogi i spoooro Mario... Wena uciekła :( Ale mam plany na najbliższe wydarzenia, przyśpieszę trochę akcję :') Mam nadzieję, że wam się spodoba... Tymczasem dziękuję za komentarze pod poprzednim rozdziałem, motywujcie dalej. Mam nadzieję, że z waszą pomocą w następną niedzielę dodam coś z czego wszyscy będą mogli być zadowoleni :') Pozdrawiam :*

niedziela, 21 września 2014

ROZDZIAŁ 12-,, I ty przeciwko mnie?"

Nie masz nic do stracenia.- powtarzałam w myślach to samo zdanie. Stałam przed lustrem w łazience, wpatrując się w swoje odbicie. To dzisiaj miałam wybrać się na kolację z ojcem i Lisą. Najchętniej nigdzie bym się nie ruszała, ale muszę dotrzymać obietnicy. Tym bardziej, że po rozmowie Olivii z moim tatą, dziewczyna zmieniła trochę podejście do zaistniałej sytuacji. Powoli wraca do dawnej Keller. Myślę, że wszystko idzie w dobrym kierunku. I strasznie się z tego cieszę. Chyba nikt nie lubi patrzeć na bliską mu osobę, kiedy widzi, jak ona cierpi, ze świadomością, że nie może jej pomóc. Było warto się poświęcić. Teraz muszę stawić czoła temu wyzwaniu. Przemyłam twarz zimną wodą, po czym wytarłam ją miękkim ręcznikiem. Po chwili rozmyśleń nad tym, w co mam się odziać, wybrałam moim zdaniem odpowiedni komplet. Ostrożnie wsunęłam na nogi ciemne rajstopy, aby nie puściły oczka. Zaraz po nich chwyciłam za rozkloszowaną, czarną spódnicę. Nie przepadam za tą częścią garderoby, lecz za pewne współlokatorzy wybrali ekskluzywną restaurację. Dałam im do tego wolną rękę. Na górę włożyłam granatową koszulę. Po zapięciu wszystkich guzików i suwaków, stwierdziłam, że nie wyglądam, aż tak źle. Poprawiłam kołnierzyk, po czym rozczesałam blond włosy. Pozwoliłam im swobodnie opadać na ramiona. Już w sypialni do stroju dobrałam dodatki, czyli srebrną bransoletkę i kolczyki. Skromnie i elegancko. Ostatni dylemat, jaki przyszło mi pokonać to wybór butów. Baletki, glany, szpilki czy może botki? Wkońcu postawiłam na srebrne baletki, obawiałam się, że będę w nich strasznie niska. Lisa na bank pójdzie w szpilkach, a ojciec... No tego chyba nie muszę tłumaczyć. Trudno, jakoś przeżyję. To tylko jeden wieczór. Jeden posiłek i wracamy do szarej rzeczywistości. Znowu będziemy się mijać. Ja, Lisa, Roman...? To nawet dobrze nie brzmi. Przed wyjściem z pokoju, chwyciłam za telefon i napisałam następującą wiadomość: ,,właśnie wychodzimy :/ pierwszy i ostatni raz dzięki Bogu :)" wysłano do Mario oczywiście. Szybko otrzymałam odpowiedz: ,, tylko grzeczna bądz :D". Czytając ten krótki tekst zaśmiałam się sam do siebie. Co ten chłopak ze mną robi? Chyba zwariowałam... Zbiegłam po schodach, do czekającej już na mnie pary.
- Pięknie wyglądasz!- oznajmił mój ojciec. Był ubrany w jasną koszulę, w drobną kratkę. Do tego dżinsy i marynarka. Prezentował się całkiem dobrze.
- Dzięki...- westchnęłam.
- Chodźmy, taksówka czeka.- powiedziała Lisa. Miała na sobie czerwoną sukienkę na długi rękaw. I jak przewidziałam czarne koturny. Jako pierwsza wyszła z domu, ja powędrowałam zaraz za nią w prost do samochodu. Ojciec dołączył do nas po chwili, musiał zakluczyć dom. Przypadło mi świetne miejsce. Między młotem, a kowadłem. Z prawej modelka, z lewej piłkarz. Ciekawe czy to wcześniej zaplanowali. Droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Wreszcie dojechaliśmy na miejsce. Z ulgą wysiadłam z wozu. W drodze powrotnej na pewno tam nie usiądę.
Kelner wskazał nam zerezerwowany stolik. Lokal wydawał się być przeznaczony dla grubych szych. Wszyscy goście pod krawatem, a kobiety na wysokim obcasie. Również wystrój sali mówił sam za siebie. Wszystkiego dużo, za dużo. Jednym słowem na bogato. Przeciętny człowiek by tu nie zawitał. Chyba, że przez przypadek, jak ja. Sprawnie przyniesiono nam karte z menu. Wybrałam dla siebie risotto. Liczyłam, że szybko dostarczą nam talerze z posiłkiem i będziemy mogli wracać. Mało realne, jednak nadzieja umiera ostatnia. Bynajmniej tak mówią.
- Aż nie chce się uwierzyć, że mieszkamy ze sobą tak długi czas i prawie nic o sobie nie wiem. Nigdy razem nie spędzaliśmy czasu.- żaliła się Lisa. Nie wiedziałam za bardzo, co jej odpowiedzieć.
- Wreszcie jest okazja to naprawić.- uśmiechnął się w moją stronę ojciec. Przymrużyłam oczy. W myślach wołałam: ,,Ludzie ratunku!". Zapadła między nami cisza. Słychać było przytłumione głosy innych gości, którzy prowadzili ze sobą burzliwe konserwacje. Idealne przeciwieństwo tej naszej. Znaczy ja się jeszcze nie odezwałam.
- To może opowiem coś o sobie? A potem zamienimy się rolami? Co ty na to?- zwróciła się do mnie z zapytaniem, partnerka ojca. Kiwnęłam tylko głową na znak, że akceptuję jej propozycje. Tak na prawdę nie miałam ochoty z nią rozmawiać, ale może jak się rozgada to nie da nikomu dojść do głosu? Trudno mi przewidzieć jej ruch. Jest dla mnie obcą kobietą. W między czasie obsługa doniosła nam zamówione wcześniej napoje.- To od czego by tu zacząć...- zastanawiała się głośno blondynka.
- Może od początku?- uniosłam brew. Liczyłam na to, że zacznie i będę tylko udawać, że jej słucham.
- A więc tak...- zarzuciła długie włosy na prawe ramie- Urodziłam się w Koln. Pochodzę z wielodzietnej rodziny, i byłam najstarsza ze wszystkich dzieci. Rodzice ciężko pracowali, aby związać koniec z końcem, a ja zajmowałam się piątką młodszego rodzeństwa. Toteż, kiedy dorosłam, zaczęłam spęłniać wszystkie swoje najskrytsze marzenia. Najpierw skoczyłam ze spadochronu, co było dla mnie czymś fascynującym i cudownym. Potem udałam się do studia tatuażu...
- No co ty, masz tatuaż?- wtrąciłam bardzo zdziwiona. Zawsze podobały mi się właśnie tzw. dziary, które miały jakieś znaczenie dla właściciela. Nie myślę tu o podejmowaniu takich decyzji po pijaku. W przyszłości chciałam spróbować ale chyba nie mam w sobie tyle odwagi.
- A no mam.- uśmiechnęła się tajemniczo.- Tutaj.- zwróciła się do mnie profilem, abym mogła dostrzec arcydzieło na jej szczupłej szyji. Był to drobny napis- ,, never walk faster then your angel". Zrobił na mnie spore wrażenie. Delikatny, suptelny poprostu kobiecy.
- Bolało?- dopytywałam.
- Do zniesienia. Niestety, na więcej nie mogę sobie pozwolić przez mój zawód. Ale nie żałuję. Kocham to co robię. Modeling również był moim marzeniem.- zapewniała.- Później poznałam twojego tatę. Na koncercie Coldplay'a, pamiętasz?- zwróciła się do niego. W tym momencie miałam szczęście, że akurat nie brałam łyku napoju, bo zpewnością ciecz znalazłaby się na stoliku. To już kolejna informacja, która zaskoczyła mnie dzisiejszego wieczoru.
- Jakbym mógł zapomnieć...- zaśmiał się cicho sportowiec.
- Ty i Coldplay?- nie dowierzałam. Bardzo lubiłam ten zespół i nigdy nie zauważyłam, żeby ojciec go słuchał. W sumie to nigdy nie widziałam go z słuchawkami, a może nie zwróciłam uwagi... Nie wiem.
- No widzisz. Nigdy mnie nie słuchasz. A wystarczy ze sobą rozmawiać...- oznajmił spokojnie. Wydawał się być opanowanym.
- Zawsze chcesz prowadzić konwersację w najmniej odpowiednim momencie.- powiedziałam, popijając sok.
- Czy ten moment jest dobry?- nachylił się lekko nad stołem, jakby chciał mi przekazać jakiś sekret.
- Dlaczego nie.- odparłam. Ojciec spojrzał porozumiewawczo na blondynkę. Obydwoje nosili banany na twarzy. Nagle ich postacie stały się dla mnie jakby jaśniejsze. Wcześniej po prostu Roman i Lisa. Ojciec, do którego mam wielki żal i jego głupia dziewczyna. Powoli zaczynam patrzeć na nich obiektywniej. Modelka wcale nie jest tak pusta, jak mi się wydawało. A tata... Da się z nim wytrzymać. Nie chce chwalić dnia przed zachodem słońca, ale może wkońcu się dogadamy. Trochę dziwne nie wiedzieć, że osoba, z którą mieszkasz dłuższy czas, ma tatuaż i to nie w jakimś intymnym miejscu tylko na szyji. Po chwili dostaczono nam dania główne. Każdy zabrał się, za swoją apetycznie wyglądającą porcję, nie przerywając naszej rozmowy. Chyba bali się, że coś mi się odwidzi i zmienie zdanie.
- Wiem, że powinnam zrobić to wcześniej... Sophie, chciałam przeprosić za tą lawendę... Nie wiedziałam.- rzekła zatroskana, krojąc mięso z kurczaka.
- Może zapomnijmy o tym...- zaproponowałam. Ten temat mnie drażnił, a nie chciałam psuć, jak na razie spokojnego wieczoru.
- Jak chcesz.- dodała. Spędziliśmy wspólnie czas. Nie było, aż tak źle jak się spodziewałam. Może to spotkanie wyjdzie nam na dobre. Pierwszy raz od nie pamiętam kiedy, moja rozmowa z ojcem, nie skończyła się kłótnią. I wcale nie miało na to wpływu otoczenie. Była bym w stanie rozpocząć wojne przy ludziach. Co jak co, ale temperament to ja mam. Okazało się, że znajdywanie ciekawych tematów do konwersacji, nie sprawiało nam problemu. Atmosfera przy stole zrobiła się luźna. Jakby do restauracji przyszła rodzina, chcąca coś uczcić. Czy my mieliśmy jakiś powód? Może właśnie się narodził? Koniec awantur, kłótni, krzyków? Czy to możliwe zmienić wszystko za sprawą jednego wieczoru? Szczerze wątpie w to. Było by za idealnie, prawie jak w reklamach proszków do prania. Ale może stopniowo uda nam się coś zdziałać? Taki mały kroczek do przodu, bo jak na razie staliśmy w miejscu. Czyżby los się do nas uśmiechnął? Tutaj nie da się nic więcej zdziałać, potrzeba czasu. Zobaczymy, co się z tego wykluje.


********
Nerwowo chodził w tę i spowrotem, kątem oka patrząc na prawie czteroletniego chłopczyka. Dziecko siedziało na kocyku w salonie i budowało z klocków garaż dla samochodów, jak polecił mu przed chwilą wujek. Czuł, że pocą mu sie dłonie. Denerwował się strasznie. Myślał o tym, jak ma się przy niej zachowywać. Stwierdził, że ostatnio popełnił błąd. Nie powinien się śpieszyć, bo nie chce jej przestraszyć. Problem polegał na tym, że przy zielonookiej, często nie wiedział co robi. Działał impulsywnie. Znaczyła dla niego wiele i nie chciał zmarnować szansy, jaką dał mu los. Usłyszał dzwonek, oznajmiający przybycie pierwszego gościa. Musiała to być ona, ponieważ reszta towarzystwa miała pojawić się dopiero za dwie godziny. Ostatni raz rzucił okiem na chłopczyka, po czym upewniając się, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo, szybkim krokiem przeszedł do korytarza. Jeszcze spojrzał w lustro i sprawnie poprawił swoją fryzurę, która i tak była już idealnie ułożona.
- Hej.- przewitała się blondynka. Miała na sobie atramentowe rurki, różową bluzę na długi rękaw, czarne trampki i torbę z ciuchami na zmiane. Uśmiechała się, czym zahipnotyzowała gospodarza domu, który dopiero po chwili wpuścił ją do środka.
- Cześć. Cieszę się, że przyszłaś i zostajesz.- wskazał ręką na skromny bagaż blondynki. Wkońcu miała tu spędzić tylko jedną noc, więc nie potrzebne były jej walizki.
- Nie miałam innej opcji. Zostałam zaszantażowana.- zaśmiała się, zostawiając obuwie obok wycieraczki.
- Zaraz szantaż.- prychnął rozbawiony- Inaczej byś się nie zgodziła.
- Skąd wiesz?- zapytała, jak zawsze pewna siebie.
- Wolę dmuchać na zimno.- sprytnie wybrnął z sytuacji. Tak długo głowił się nad strategią zaproszenia jej tutaj, a wystarczyło wybrać najprostszą opcję?- Chodź. Muszę ci kogoś przedstawić.- przeszli do pokoju dziennego, gdzie malec właśnie znudził się zabawą.- To jest Mike.- oznajmił, biorąc chłopca na ręce.
- Cześć. Ja jestem Sophie. Miło mi cię poznać.- zwróciła się do lekko zawstydzonego chłopca. Malec chętnie schowałby się w silnych ramionach wujka, lecz ciekawość nie dała za wygrną. Spoglądał na nową postać spod długich rzęs.
- Nie ma co się wstydzić. Spohie jest fajna.- piłkarz wyszeptał te słowa do chłopca, ale dziewczyna i tak je usłyszała. Uśmiechnęła się promiennie.
- Może pokażesz mi swoje zabawki?- zaproponowała. Mike szybko uwolnił się z uścisku wujka i ruszył w stronę klocków.
- Buduję garaż dla aut.- oznajmił dumnie.- A chcesz zobaczyć moje kolorowanki?
- No pewnie.- przykucnęła przy stoliku. Położył przed nią książeczkę z obrazkami do zamalowania. Większość z nich przedstawiała różnej wielkości samochody.- Pięknie kolorujesz. Lepiej niż ja.- pochwaliła dziecko.
- Tego jeszcze nie dokończyłem.- wyjaśnił wskazując w połowie czerwony pojazd.
- Mam pomysł.- wtrącił, wcześniej tylko przyglądający się Mario- Dokończysz malować ten obrazek, a my z Sophie pójdziemy do kuchni i przygotujemy wszystko na ognisko, ok?
- Dobrze.- malec odnalazł pudełko z kredkami i zaczął nanosić barwy na kartkę papieru. W tym czasie starsze towarzystwo przeszło do kuchni.
- Słodki ten maluch.- powiedziała dziewczyna, siadając na krześle.
- No wkońcu jesteśmy jakoś spokrewnieni.- wyszczerzył się młody Niemiec.
- To co chcesz przygotować?- zapytała, podwijając rękawy na wysokość łokci.
- W sumie to nie ma tego tak dużo. Trzeba ponacinać kiełbase i zrobić sałatke.- wzruszył ramionami.
- To dobrze, że przyszłam, bo byś sobie krzywde zrobił.- wybuchnęła gromki śmiechem.
- Ha, ha, ha...- prychnął- Bardzo śmieszne.
- Żebyś wiedział. To dawaj wszystkie składniki.- oznajmiła. Mario wyjął z lodówki wszystko co potrzebne. Już po chwili wszystkie warzywa zostały pokrojone i umieszczone w misce.- I już po krzyku.- powiedziała blondynka, wrzucając resztki do kosza na śmieci.
- I widzisz, nic nikomu się nie stało.- uniósł dumnie głowę. Sophie nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo słoik, który trzymał brunet, roztrzaskał się na drobne kawałeczki na ziemi. Na szczęście był pusty. Goetze spojrzał na zielonooką, która nie mogła powstrzymać się od śmiechu, stojąc w wejściu do kuchni. Drobne szkło nikogo nie pokaleczyło.
- Mariooo... Ty ciapo.- dziewczyna już się opanowała. Oparła się o futrynę drzwi.
- To nie moja wina.- uniósł ręce do góry w geście obronnym.
- A niby kogo?- schowała ręce do kieszeni.
- No on sam się wyślizgnął.- zaśmiał się cicho- Złośliwość rzeczy martwych.- dodał, wyjmując z szuflady zmiotkę i szyfelkę.
- Co się stało?- przybiegł zaciekawiony chłopczyk, w wejściu zatrzymany przez córkę bramkarza.
- Uwaga, tam nie wchodzimy, bo trzeba najpierw sprzątnąć szkło.- wyjaśniła maluchowi.
- A dlaczego?- dopytywał czterolatek.
- Bo wujek Mario zbił słoik.- oznajmiła Sophie, biorąc na wszelki wypadek dziecko na ręce, aby się nie skaleczyło.
- Wuuuujek.- zaśmiał się chłopczyk.
- I ty przeciwko mnie?- Niemiec chciał udawać obrażonego ale mu nie wyszło. Sam się uśmiechał, nie wiedząc czemu. Kiedy sytuacja w kuchni została opanowana, a cała kolorowanka skończona, do domu stopniowo zaczęli przybywać zaproszeni goście. Pierwszy zjawił się Reus. Jak się okazało, dobrze znał się z Mikem, dlatego malec był wniebowzięty, gdy go zobaczył. Później Sophie miała okazję poznać Moritza i jego dziewczyne Eliane. Dowiedziała się, że chłopak grał wcześniej w tym samym klubie co Mario. Brunetka z ciemną karnacją przypadła do gustu młodej Weidenfeller. Szybko odnalazły wspólny język. Ostatnia para zaproszona na ognisko dotarła z małym spóźnieniem, jak później się okazało nikogo, kto znał Leo to nie zdziwiło. Chłopak słynął z tego, że to do niego należało tzw. wejście smoka, co wcale mu nie przeszkadzało. Przyprowadził młodszą siostrę. Przegrał zakład i musiał zabrać ją ze sobą. Dziewczyna była w wieku Sophie. Na pierwszy rzut oka, wyglądała na pustą lalę, ale blondynka nauczyła się już, że nie powinno oceniać się nikogo po wyglądzie, toteż nie skreśliła jej od razu. Wszyscy zasiedli w ogrodzie. Panowie rozpalili ognisko, a panie przygotowały stół i doniosły przekąski. Dziewczyny szybko się ze sobą dogadały, dzięki czemu nie dochodziło między nimi do zgrzytów, czego obawiał się wcześniej pan domu.
- Komu piwo?- zapytał Mo, unosząc jedną z butelek. Wszyscy z chętnych otrzymali procentowy napój.- A ty?- rzucił w stronę Goetzego, który właśnie zasiadł przy drewnianym stole.
- Ja nie mogę. Mam tu dziecko do pilnowania.- wytłumaczył, poczym przyjaciel już nie naciskał. Mario był nieświadomy tego, jak bardzo zaimponował swoją postawą blondynce. Zdecydowanie zapunktował u niej. Chłopczyk bawił się plasikowym traktorem na trawie. Starsze towarzystwo bawiło się świetnie. Jakby znali się od lat. Nadawali na tych samych falach. Sophie zaprzyjaźniła się z nowo poznanymi osobami. Wcale nie robiła za niańkę do dziecka. Trzeba jednak przyznać, że była ulubioną ,,ciocią" Mike'a.

******
Goście rozjechali się do swoich domów. Mały chłopczyk już dawno zasnął, zmęczony wrażeniami dzisiejszego dnia. Sophie i Mario również chcieli iść spać, nawet nie sprzątając. Goetze pokazał blondynce jej pokój połączony z łazienką. I życząc jej dobrej nocy, udał się do swojej sypialni. Niemka powędrowała do toalety. Zrzuciła z siebie ciuchy, które nosiły brzydki zapach dymu z ogniska. Weszła pod prysznic, w celu oczyszczenia swojego ciała. Już po chwili zakręcała wodę. Była zbyt zmęczona na długą kąpiel. Szybko wytarł swoje ciało miękkim ręcznikiem. Założyła na siebie luźne, sportowe spodenki przed kolano i zwyły, szary T-shirt. Nie musiała suszyć włosów, ponieważ nawet ich nie zmoczyła, związując je wcześniej w kłosa. Przeszła do sypialni i usiadła na łóżku, wcierając w nogi nawilżający balsam. Miała już zgasić lampkę, która stała na stoliku nocnym, gdy zamarła. Dopiero po chwili zaczęła oddychać. Szybko podbiegła do ściany, w celu włączenia dużej lampy. Pomyślała, że może się przewidziała. Kiedy jej oczy przezwyczjiły się do rażoncej żarówki, ujrzała go ponownie. Nie pomyliła się wcześniej. Pod oknem siedział ogromy (jak dla niej), czarny, obrzydliwy pająk. Dziewczyna przeraźliwie bała się tych ośmionożnych insektów. W bardzo szybkim tempie opuściła pomieszczenie i bez pukania wtargnęła do pokoju Mario. Ten smacznie spał. Zrobiło jej się na chwilę żal chłopaka, ale musiała go obudzić.
- Mario, Mario wstawaj.- potrząsnęła nim delikatnie. Dzięki Bogu sportowiec nie zdążył pogrążyć się w głębokim śnie, toteż udał się jej go obudzić.
- Sophie?- zdziwił się jej obecnością.- Co ty tu...
- Musiszy tam ze mną iść. Pociągnęła chłopaka za rękę, a ten oszołomiony nie zaprotestował. Wepchnęła go do jej tymczasoweej sypialni i weszła ostrożnie za nim.- Tam wskazała palcem.
- Ale co? Ja nic nie widzę.- podrapał się po głowie.
- On tam był. Taki wielki...- tłumaczyła chaotycznie. Przestraszyła się tym, że stwór zniknął i może bezkarnie spacerować po tym pomieszczeniu. Żałowała, że niczym w niego nie rzuciła.
- Ale kto??- zapytał nic nie rozumiejąc.
- No pająk, a kto!- lekko uniosła głos, zła na bruneta, że nie zrozumiał co chciała mu przekazać. Niemiec wybuchnął śmiechem.- Oj nie śmiej się tylko go szukaj!- wywróciła oczami.
- Mam szukać pająka? Wiesz ile tu jest zakamarków? On równie dobrze mógł wyjść przez uchylone okno.- próbował się opanować.
- Nie mamy na to żadnej gwarancji. Ja tu nie będę z nim spała.- oznajmiła pewna siebie.
- Boisz się takich małych stworzonek?- uniósł brew niedowierzając.
- Czegoś trzeba.- odpowiedziała. Mario znowu wybuchnął śmiechem, przez co został spiorunowany wzrokiem. Po chwili udało mu się opanować. Zrobił się poważny. Westchnął cicho. Chwycił za kołdrę i jedną z poduszek, po czym przeszedł do swojego pokoju. Sophie nie wiedziała co jej przyjaciel planuje. Podążyła za nim.
- Co ty robisz?- zapytał zdziwiona. Mario położył przyniesioną pościel na jego własnym łóżku.
- Robię ci miejsce.- oznajmił spokojnie, przesuwając swoje manatki na drugą połowę łóżka, tak aby zmieściły się dwie kołdry.- Będziesz spała ze mną.
- Żartujesz?- zaśmiała się.
- Nie. Nie będę polował na pająki o 2 w nocy.- westchnął kładąc się. Blodynka stała w miejscu, jak sparaliżowana. - Idziesz spać?- zapytał brunet, okrywając się kołdrą do pasa.
- Jesteś głupi.- powiedziała. Zgasiła duże światło i zajęła miejsce, przykrywając się pościelą. Była to dla niej dziwna sytuacja.
- Wiem.- zaśmiał się cicho.- Jak można robić te wszystkie tricki na rampach, i bać się pająków?
- Dobranoc.- rzuciła oschle.
- Będzie foch...- zauważył rozbawiony.
- Oj idz już spać.- szturchnęła go łokciem. Czuła jego zapach. Byli tak blisko siebie. Nie spodziewała się, że tak to się potoczy. Wszytko działo się spontanicznie, nikt nie mógł tego przewidzieć. Najdziwniejsze dla niej było to, że czuła się przy nim dobrze. Słyszała jego spokojny oddech. A on? Nie dowierzał w to co przed chwilą się stało. Że ma ją na wyciągnięcie ręki, czuje jej obecność. Cieszył się jak małe dziecko, jak Mike, gdy dostanie nowy samochodzik do zabawy. I gdyby nie to, jak bardzo był zmęczony, napewno by nie zasnął, lecz kraina Morfeusza porwała go, nie pytając o pozwolenie.

*******
Mam kolejny. Tym razem trochę dłuższy, ale nie chciałam rozbijać go na mniejsze części :) Podoba się, czy nie? Same przełomy w tym rozdziale :D tak jakoś wyszło. Komentujcie, motywujcie. Pamiętajcie, że im więcej waszych opinii tym szybciej i łatwiej pisze mi się kolejny odcinek. Wszystko w waszych rękach xd Już nie przedłużam, bo ile można. Pozdrawiam! :*
PS MARCO ODBLOKOWAŁ INSTA :O!!!

środa, 10 września 2014

Liebster Award I, II, III, IV, V

Bardzo dziękuję za nominację od Natalii Lelele, o to link do jej bloga: http://wymyslanka11bvb.blogspot.com/?m=1


Odpowiedzi na pytania:

1. Jaki lubisz sport?

Jeśli chodzi, o granie to ręczna. Oglądam oczywiście nożną ale zdaży się też meczyk siatkówki :p


2. Ulubiony film.

Hym... Trudne pytanie. Chyba komedia ,,Porąbani" polecam.


3. Ulubiona książka.

Kocham czytać i jest tego spooooro. Wołanie Kukułki- świetny kryminał, autorki Harrego Pottera <3 4. Ulubiony sportowiec. Nie lubię takich pytań, bo nie potrafię wybrać :o! Wielkim autorytetem jest dla mnie Jakub Błaszczykowski. Ale nie mogłabym nie wspomnieć o wspaniałym Piszczu, Sahinie... Jest też Reus, Hummels, Romek czy Miki... Wszystkie Pszczoły są dla mnie ważne, dlatego nie lubię okienek transferowych :( 5. Jaki lubisz kolor? Naturalnie żółty i czarny. 6. Piosenka o której myślisz... Sam Smith- I'm not the only one <3 7. Co lubisz robić w wolnym czasie? Słucham muzyki, czytam książki i blogi, spotkam się ze znajomymi, oglądam mecze BVB! Nominuję następujące blogi: 1. http://milosc-ma-moc.blogspot.com/?m=1 2. http://moda-na-dortmund.blogspot.com/?m=1 3. http://dortmundborussiaborussen.blogspot.com/?m=1 4. http://nie-potrafie-z-ciebie-zrezygnowac.blogspot.com/?m=1 5 . http://humbabumba.blogspot.com/?m=1 6. http://tyijanaszahistoria.blogspot.com/?m=1 7. http://bvb-mojamilosc.blogspot.com/?m=1 8. http://mowszeptemjeslimowiszomilosci2.blogspot.com/?m=1 9. http://kochac-nie-znaczy-miec.blogspot.com/?m=1 Moje pytania: 1. Dlaczego zaczęłać pisać bloga? 2. Dlaczego właśnie Borussia Dortmund? 3. Wybierasz się może do Dortmundu? :D 4. Zostałaś kiedyś ,,wyśmiana" przez to, że kibicujesz BVB? 5. Komu kibicowałaś na Mundialu? 6. Co sądzisz o Bayernie M.? 7. Twoje hobby. 8. Największe marzenie. 9. Masz w planach, stworzyć kolejne opowiadanie? 10. Czytasz tylko blogi, czy inne książki też cię ,,wciągają"? Kolejna nominacja od Borussen13 dziękuję ;) 1. Co myślisz o Reprezentacji Polski w piłkę nożną? Hym... Patriotka... To na pewno nie ja ;) Na Mundialu kibicowałam czarno-czerwono- żółtym i tak mi się spodobało, że trwam w tym nadal. 2. Jakim drużynom kibicujesz? Borussia Dortmund! Lubię też Arsenal. 3.Czy przyznajesz się do swoich barw klubowych i bronisz ich kiedy trzeba? Oczywiście! Mój pokój jest żółto-czarny, więc trudno nie zauważyć komu kibicuję. Zawszę noszę też bransoletkę w tych barwach. Nie wstydzę się swojego klubu. Jeśli ktoś ma problem z tym, że jestem Borusse, to nic na to nie poradzę :/ 4.Jak masz naprawdę na imię? Chciałabym pozostać PszcółkąEmmą, wybacz :) 5.Ulubiona piosenka. Nie mam takiej, jest tego za duuużo. Słucham zespołu Linkin Park, Passenger, Imagine Dragons... Lubię Eda Sheerana,Sama Smitha i wielu, wielu innych. Nie nominuję nikogo ;) Odpowiedzi na pytania od Ashley, dziękuję bardzo :* 1.Czy należysz do jakiś fandomów? Jeśli tak, to do jakich? Oczywiście, że należę :p Soldier- Linkin Park Janoskianator- Janoskians (grupa komików) Armia Negatywa :3 2.Masz jakąś przyjaciółkę/znajomą poznaną dzięki bloggerowi? Tak. I jesteś nią Ty :D zaryzykowałam, napisałam i bah! Znamy sie już 3 miesiące *.* 3.Czy ktoś z Twojego bliskiego otoczenia, wie, że piszesz opowiadania i publikujesz je w internecie? Jeśli tak, to kto? Aż dwie osoby. Moja BFF ^^ trudno by to przed nią ukryć xd i moja bardzo dobra koleżanka O., która uzależniła się od Mario i Sophie ;D 4.Co motywuje Cię do pisania? Pomysł narodził się sam. Czytam bardzo dużo opowiadań o piłkarzach, kocham książki... Całą fabułe mam w głowie. Dzięki komentarzom, które właśnie mnie motywują staram się napisać dany rozdział. Tak, zdecydowanie komentarze motywują :* 5.O jakiej tematyce najbardziej lubisz czytać opowiadania? Są to blogi tylko o piłkarzach głównie BVB, czasami autorka opisuje również zawodników innych drużyn typu Real, Arsenal. Absolutnie mi to nie przeszkadza. Mam szacunek prawie do każdego klubu, wyjątek: Monachium... :/ Dostałam nominację od Juliet <3, bardzo dziękuję ;) 1. Od jak dawna blogujesz? Chyba będzie już tak około pół roku, odkąd prowadzę własnego bloga. Wcześniej czytałam dużo opowiadań. 2. Jaka jest Twoja ulubiona piosenka obecnie? To zawsze zależy od mojego humoru :D hym... dzisiaj chodzi mi po głowie Linkin Park- I'll be gone <3 3. Co sprawia, że na Twojej twarzy pojawia się uśmiech? Dobre pytanie. Myślę, że jest dużo takich rzeczy. Na pewno słodycze *.* Spotkania ze znajomymi, dobra muzyka i książka, każda bramka dla BVB :3 4. Jakim klubom kibicujesz? Tu sprawa jest prosta- Borussia Dortmund. 5. Co sądzisz o sezonowcach? Staram się nie oceniać ludzi, ale sezonowcy to co innego :) Nie wiem, jak można jednego dnia być kibicem jednego klubu, a drugiego dnia innego... No jest to nielojalne :/ Nie lubię fałszywych ludzi. Ale kiedy szukamy plusów przy porażkach: przynajmniej sezonowycy odejdą ;p
6. Twoje ulubione filmy?

Nie mam pamięci do tytułów i dat :3 Ostatnie filmy jakie oglądałam (i jakimś cudem zapamiętałam tytuły) to komedia Ożenić Barrego i taki ,,horroropodobny" 13 grzechów. Oba polecam (y)


7. Czytasz książki? Jak tak to jakie?

Oczywiście, że czytam. Nie mam ulubionego gatunku, czytam wszystko... może oprucz powieści historycznych :p


8. Planujesz nowe opowiadania?

Na razie chcę doprowadzić to do końca.


9. Co motywuje Cię do pisania?

Każdy komentarz, dlatego tak bardzo mi na nich zależy :* Bardzo interesuje mnie opinia czytelniczek, w końcu piszę dla nich <3


Nominacja od : Borussen 09^^

1. Skąd jesteś?

Wielkopolska :3

2. Kibicujesz jakimś kubom piłkarskim? (Jeżeli tak, to jakim?)

Oczywiście! Borussia Dortmund moim nałogiem. Weekend bez meczu, weekendem straconym ;)

3. Jakie są Twoje zainteresowania?

Moje pasje... Hym... Dużo czytam, słucham głównie rocka alternatywnego, oglądam Bundesligę <3, lubię piec różne ciasta.

4. Motto życiowe?
,,Dream big, work hard and don't be an asshole''~ Mike Shinoda

5. Opisz jeden ze swoich najdziwniejszych snów(xd)

Trudno wybrać, mam wiele dziwnych snów :D Najlepiej zapamiętałam i najlepiej wspominam sen, w którym mogłam przytulić Hummelsa, a on odwzajemnił uścisk *.*

6. Jesteś bardziej optymistką czy pesymistką i dlaczego?

Na dzień dzisiejszy zdecydowanie optymistka. Staram się szukać plusów w każdej sytuacji i wyciągać z niej wnioski. Jednak jak każdemu zdarza mi się mieć gorszy dzień. Wtedy jest trudno wyciągnąć mnie z doła...

7. Znasz jakieś języki obce, albo bardzo chciałabyś nauczyć się jakiegoś?

Uczę się języka angielskiego. Przychodzi mi to dość łatwo. Od czwartej klasy podstawówki mam też język niemiecki. Mimo dobrych ocen w życiu nie dogadałabym się z obcym po niemiecku. Jak to ładnie powiedział mój kolega: ,,Po niemiecku każde słowo brzmi jak śmierć''. :p

8. Twoje największe marzenie/ marzenia?

Zwiedzić Dortmund i SIP *.* Chciałabym w przyszłości podróżować. Najbardziej marzy mi się odwiedzić Australię...

9. Kim chciałabyś zostać w przyszłości?

Jak na razie dietetykiem :)

10. Co sądzisz o przyjaźni damsko- męskiej?

Myślę, że ona istnieje.


Dziękuję za nominację!!! Nie nominuję nikogo, bo mi się nie chce xd

wtorek, 9 września 2014

ROZDZIAŁ 11-,, Wolę kroczyć swoją ścieżką, popełniać własne błędy, niż iść za kimś"

Od tego niezbyt miłego dnia minął tydzień. Moje relacje z tatą pozostały bez zmian. Ograniczamy się do krótkich wymian zdań. Wydaje mi się, że jest dobrze ale skąd ja mam to wiedzieć? Nie wiem, jak powinny wyglądać relacje na lini córka- ojciec. Napisałam sprawdzian z historii na bardzo dobry stopień. Bardzo się z tego cieszyłam. A Olivia? No właśnie. Płacze już tylko nocami. Za dnia próbuję być silna. Niestety ja widzę, jakie w niej zaszły zmiany. Nie uśmiecha się, często patrzy w jeden punkt, zamyślona. Odłącza się od grupy. Staram się jej pomóc, jak tylko mogę. Ale tak naprawdę nie wiem, jak. Niby również straciłam bliską mi osobę, lecz byłam wtedy młodsza. Nie pamiętam z tego za wiele, nie pamiętam matki. A moja przyjaciółka świetnie dogadywała się z bratem. Mieli ze sobą wiele wspólnego, wiele wspomnień. Ale życie toczy się dalej, a my musimy zaakceptować wszystkie niechciane zmiany. Weszłam do domu, kierując swoje kroki prosto do kuchni.
- Cześć wszystkim.- oznajmiłam, przechodząc przez salon. Na kanapie siedział ojciec ze swoimi znajomymi. Czyli Marco, Mario, Kuba, Łukasz i... Jakaś nieznana mi twarz.
- Siema.- usłyszałam chórek.
- Hej, ja jestem Seba. Miło mi.- mężczyzna wstał z sofy, podając mi rękę. Potem wrócił na swoje wcześniejsze miejsce.
- Zciągnij buty, z tego co wiem to ty, tu nie sprzątarz.- powiedział szorstko ojciec. Miałam ochotę mu się odgryźć. Nigdy nie widziałam go, chodzby z odkurzaczem. Zajmowałam się tym Lisa i pani, której płacili za robienie porządków w domu.
- Zaraz wychodzę i są czyste.- odpowiedziałam. Zrzuciłam cieżki plecak z ramion, a kurtkę odłożyłam na krzesło. Otworzyłam lodówkę w celu znalezienia czegoś do jedzenia. Niby była pełna, ale nic w niej mnie nie zainteresowało.
- Dzwonili ze szkoły, znowu...- oznajmił spokojnie bramkarz.
- No, nie wierzę...- zamknęłam lodówkę- A myślałam, że tylko tak gadał.- zaśmiałam się, otwierając kolejno szafki. Znalazłam świerze bułki z ziarnami, w chlebaku. Wybrałam jedną dla siebie. Wpadłam na pomysł, że zjem ją na szybko z jakimś jogurtem naturalnym i owocem. Miałam w planach, iść po Olivię i pomóć jej z fizyką. Wolałam ją przyprowadzić do mnie, bo najchętniej zamknęłaby się w swoim pokoju na klucz. Na pułce dostrzegłam puszkę z napojem energetycznym. Nie byłam ich wielką fanką, dla mnie za słodkie. Jednak ostatnimi czasy wyjątkowo często po nie sięgałam. Mało snu, a kawy nie mam czasu zaparzyć, więc trzeba sobie jakoś radzić. Postawiłam picie na blacie, razem z resztą składników do przygotowania mojego ,, obiadu".
- Możesz zapoznać nas ze swoim punktem widzenia w tej sprawie. Ciekawi mnie twoje zdanie. Kolejna uwaga, co tym razem?- zapytał bramkarz. Skoro dzwonił do niego nauczyciel, to po co się pyta? Po co te gierki?
- A to ci nowość.- od kiedy interesuje go, moje zdanie? Wyjęłam miseczkę i przelałam do niej biały jogurt, wurzucając do kosza puste opakowanie.- No to długa i nudna historia, ale jeśli tak bardzo chcesz to, nie wiedzę problemu.- chwyciłam mały nożyk, aby obrać kiwi.- Także, za górami, za lasami...- zaczęłam z sarkazmem. Sportowcy wybuchnęli śmiechem, oczywiście oprucz mojego ojca, który pozostał niewzruszony. Zaczęłam opowiadać dalej, nie przerywając pozbawiać owocu, skórki.- Tak na serio to siedziałam sobie legalnie na długiej przerwie. No i dyżur na boisku miał mój ulubiony nauczyciel od wychowania fizycznego.- na pewno każdy zauważył nutkę ironii w tym zdaniu. Strasznie niecierpiałam tego mężczyzny.- Patrze, a Łysy idzie w moją stronę. Już wiedziałam, że zapowiada się afera.- upiłam łyk napoju.- Miał do mnie pretensje, że nie noszę mundurka. Akurat mnie się czepiał, nie zuważając, że inni też go nie ubrali. Ja na to, że nie będę go nosoć na przerwach, ponieważ jest brzydki, niewygodny i nikt i tak tego nie sprawdza. On stwierdził, że niedość, że nie ćwicze na jego zajęciach, to jeszcze się buntuję. Powiedziałam, że nie będę grała w Palanta, bo ta gra nie rozwija moich umiejętności. A nie będę biegać, jak głupia wokół pachołków. Na to on, że nie mam prawa kwestionować jego zasad coś tam, coś tam i, że nie wie, jak ze mną w domu wytrzymują, bo taka pyskata jestem. Ja wybuchnęłam śmiechem i przyznałam mu rację, że nie mam pojęcia, jak to robią. On zaczął gadać, że na za dużo sobie pozwalam i zaraz wyśle mnie do pani pedagog.- zaczęłam kroić kiwi w drobną kostkę.- Ja na to, że fajnie i mogę iść. Pani Helga zawsze ma pyszne, zdrowe ciasteczka w gabinecie i wygodną sofę. Łysy zrobił się czerwony, zaczął coś bełkotać. Że nie takich tu mieli, z nie takimi sobie radzili itp. A na końcu ogłosił, że mam uwagę, zadzwoni do rodzica i, że pani Helga ze mną chętnie porozmawia. To tyle.- wzruszyłam ramionami, kończąc swoją wypowiedz. Wrzuciłam rozdrobiony owoc do miseczki z jogurtem, po czym wszystko wymieszałam. Widziałam, że nasi goście powstrzymują się, jak tylko mogą od śmiechu. Za to ojciec kręcił, nie dowierzając w to co usłyszał.
- Nie lepiej było by, ugryźć się w język? Przyznać mu rację i po problemie?- zauważył tata.
- Ta, i co jeszcze? Ja nie kłamię. Mogłam mu wygarnąć wszystko, co o nim myślę, a tego nie zrobiłam. Miałam do tego sporo okazji, ale nie powiem mu, bo by się człowiek załamał, i jeszcze miałabym samobójcę na sumieniu.- prychnęłam zła. Nie lubię, kiedy ktoś mówi mi, co mam robić. Wolę kroczyć swoją ścieżką, popełniać własne błędy, niż iść za kimś. To moje życie i chcę je przeżyć według swoich zasad, a nie narzuconych odgórnie wskazówek. Zjadłam bardzo szybko, przygotowany przez siebie posiłek. Dawno nie jadłam prawdziwego obiadu, ale cóż... Nie przepadam za kuchnią Lisy, a sama nie mam czasu, żeby coś przygotować, czy chociażby odmrozić pierogi albo krokiety. Jednak zawsze staram się jeść zdrowo. Nie faszeruję się fast- foodami czy słodyczami. Oczywiścię, lubię czekoladę czy ciastka, lecz wszystko spożywam z głową. Nie objadam się, jak to niektórzy mają w zwyczaju. Dokończyłam energetyk, zgniotłam puszkę i wyrzuciłam do odpowiedniego pojemnika.
- To ja lece. Zaraz wracam z Olivką.- rzuciłam, i chwytając kurtkę wyszłam z domu, nie czekając na pożegnanie. Swoją drogą, nie mogę doczekać się ogniska u Mario. Uwielbiam spędzać z nim czas. Cieszyłam się, jak głupia, że zaproponował mi nocowanie u niego. Mam małą obawę, że będę zajmować się dzieckiem, a on w najlepsze będzie się bawił ze znajomymi. Zobaczymy, jak wszystko się potoczy, ale znam go już trochę i wiem czego można się po nim spodziewać. Ufam mu, jak nikomu. Myślę, że szukam dziury w całym. Zapukałam do drzwi państwa Kellerów, wyjmując wcześniej rękę z kieszeni kurtki. Robiło się coraz chłodniej. Do środka wpuściła mnie przyjaciółka.
- Hej. Już jestem.- oznajmiłam, uśmiechając się w stronę rówieśniczki.
- Hej...- cicho westchnęła, prowadząc mnie do pokoju dziennego- Sophie, ja myślę, że to nie jest dobry pomysł. Jakoś sobie przecież poradzę. Najwyżej pójdę poprawić ocene i tyle.- wpatrywała się w swoje stopy, jakby były ciekawym obiektem do prowadzenia obserwowań.
- Nie gadaj głupot. Nie możesz zamykać się w sobie. Chcę ci pomóc.- oznajmiłam spokojnie.
- Niby jak? Co zrobisz? Nic. Nie da się cofnąć czasu.- trochę się zbulwersowała, ale zaraz emocje opadły. Spojrzała na mnie przepraszającym wzrokiem.
- Masz rację. Co się stało, to się nie odstanie. Musimy, żyć dalej. Jak sądzisz, Adam pochwalałby twoje zachowanie? Chciałby żebyś tak cierpiała? Zawalała szkołę?- wiedziałam, że wzmianka o bracie da jej trochę do przemyślenia.
- Nie, nie chciałby... Ale ja nie potrafię się jeszcze z tym pogodzić. Łudzę się, że go jeszcze zobaczę, że z nim porozmawiam.- ukryła twarz w dłoniach, lecz nie płakała.
- Daj sobie czas. Wiem, że to nie jest łatwe. Znam to uczucie. W takicj sytuacjach dobrze jest mieć przy sobie bliskich nam ludzi, dlatego jestem. I zabieram cię do mnie. Może przestaniesz, chodz na chwilę o tym myśleć.- poklepałam ją po ramieniu.
- Nie mam nic do stracenia.- po tych słowach, przeszłyśmy do korytarza. Olivia założyła trampki i dżinsową katanę. Wyszłyśmy na zewnątrz. Drogę do mojego domu pokonałyśmy w ciszy. Nie chciałam na siłę, naciskać do zwierzeń. Czasami wystarczy obecność drugiej osoby. To sprawia, że czujemy się bezpieczniej i pewniej. Po co wymieniać bezsensowne zdania, czy prowadzić nudny monolog? Moja przyjaciółka musiała sobie wszystko sama poukładać. Niestety, w niektórych sprawach nie mogę pomóc, chodzbym chciała. Mogę jedynie pilnować, aby nie zrobiła głupich rzeczy. Szkoda było by zaprzepaścić swoją przyszłość, czy narazić się na jakąś chorobę. Dlatego jestem, i pomagam. Jak potrafię. Nic na siłę. Nie chcę by Olivia, czuła się do czegoś zmuszana. Zaraz za progiem posiadłości Weidenfellera, zdjęłyśmy buty i kurtki. Wprowadziłam koleżankę do salonu. W pomieszczeniu nadal przebywali mężczyźni. Przewitali się z dziewczyną, Sebastian również się przedstawił, chociaż ona na pewno go znała.
- Ja robię sobie kawę. Ktoś coś?- klasnęłam w dłonie, kierując pytanie do zebranych. Panowie pokręcili przecząco głowami.- A ty, herbata czy kakao?- wiedziałam, że ma problemy z snem, więc nie proponowałam przyjaciółce mocnego napoju.
- Może być kakao.- wymusiła na twarzy krzywy uśmiech. Na pewno włożyła w niego wiele wysiłku. Usiadła na pufie, czekając na mnie. Wpatrywała się w telewizor. Oczywiście starszyzna grała w jakąś grę, więc Olivia miała pretekst, że wciągnęła ją akcja. Ale ja widziałam, że jej wzrok jest pusty, nieobecny. Wstawiłam w czajniku wodę na jedeną porcję. Mleko na kakao dla mojego gościa, przelałam do garnuszka, po czym umieściłam na sąsiednim palniku. Do jednego kubka wsypałam dwie łyżki zmielonych ziaren kawy, a do drugiego brązowy proszek. Przyjaciółka wstała z miejsca i przywędrowała koło mnie.
- Sophie, proszę pozwół mi stąd iść. Poczekam w twoim pokoju. Proszę. Nie wytrzymam tutaj.- wyszeptała, chcąc aby znajomi ojca nie usłyszeli jej wypowiedzi. Wachałam się co do odpowiedzi. Gdzieś w głebi bałam się, że wpadnie na jakiś głupi pomysł.
- No nie wiem...- zamyśliłam się.
- Przecież to chwila. Nie chcę psuć im wieczoru. Gapią się na mnie, jak była duchem i myślą, że nie widzę.- rzekła.
- Bo jesteś nieobecna. I cała blada. Jesz coś wogóle? Może jesteś głodna?- zaproponowałam jej posiłek. Byłam gotowa przygotować, co tylko sobie zażyczy.
- Nie przesadzaj. Jem. Nie jestem głodna. To mogę?- dopytywała zniecierpliwiona.
- No leć już.- uległam.
- Dzięki.- i już jej nie widziałam. A właśnie tego chciałam uniknąć. Ona musi wyjść między ludzi. Może zabardzo naciskam? Sam już nie wiem... Miałam ochotę... iść spać. Sen. Marzenie. A przedemną długi wieczór. Muszę później odprowadzić Olivię, odrobić zadania pisemne na jutro... Masakra. Myślę, że z jednym kubkiem kawy się nie obejdzie, niestety. Zchowałam twarz w dłoniach, rozmasowując skroń.
- I jak?- usłyszałam głos ojca. Pytanie zostało skierowane do mnie.
- Co jak?- zapytałam. Może nie dosłyszałam czegoś wcześniej.
- Z Olivią. Jak się trzyma?- dopytywał.
- No chyba widzisz.- wskazałam ręką na schody, prowadzące na górę.- Niezaciekawie.- oparłam się o blat, w kuchni. Tata wiedział o całym zajściu. Musiałam mu powiedzieć, dlaczego wtedy tak wybiegłam i nie wróciłam na noc do domu. Napisałam wtedy sms-a. Zresztą rodzice Olivii mieli dobry kontakt z bramkarzem. Nie mogłam przed nim ukrywać, takiej tragedii, która spadła na Kellerów. Jednak reszta sportowców nie miała zielonego pojęcia o czym rozmawiamy. Nagle dostałam olśnienia. Nie miałam pewności, że się uda, a jeśli tak to, jakim kosztem. Ale musiałam spróbować. Dla Olivii.
- Tato...- o Boże, sam początek jest trudny- wiem, że nigdy w życiu cię o nic, nie prosiłam. I nadal nie mam ochoty, ale robię to dla Olivii. Spróbowałbyś z nią porozmawiać? Myślę, że mogłoby to jej jakoś pomóc. Pamiętasz więcej niż ja. Czemu by nie zaryzykować? Na złe chyba jej to nie wyjdzie...- powiedziałam. To najtrudniejsze zdania wypowiedziane przezemnie w życiu. Nie wiem, gdzie znalazłam w sobie tyle odwagi. Wszystko wyszło spontanicznie.
- Spróbuję pomóc. Pod jednym warunkiem.- świetnie. Strach się bać.- Pójdziesz ze mną i z Lisą na kolację. Gdzie i kiedy będziesz chciała.- oznajmił. Spojrzałam na niego wzrokiem mordercy.
- Na prawdę?- łudziłam się, że to jakiś żart.
- Serio, serio.- potwierdził, wstając z fotela.
- Jeden.... jedyny raz. Robie to tylko dla niej.- rzekłam.
- Rozumiem. Dziękuję.- oznajmił, i udał się na górę w celu rozmowy z moją przyjaciółką. Przeszłam do salonu, usiadłam na kanapie, na wolnym miejscu. Oparłam głowę o ramie Goetzego, przymykając oczy.
- Przecież cie nie otrują.- zaśmiał się.
- Chyba sama to zrobię.- westchnęłam. Reus i Piszczek trzymali w rękach pady. Rozgrywali między sobą pojedynek, a Mario, Sebastian i Kuba przyglądali się całemu zajściu.
- O czym mówiliście?- zapytał Łukasz.
- Nie dawno zmarł bart Olivii. W Afganistanie.- uświadomiłam chłopaków. Nastała krępująca cisza, którą przerwał Kuba.
- Od razu zauważyłem, że coś jest nie tak.- powiedział.
- To świeża sprawa. Trudno jej się z tym pogodzić.- dorzuciłam.
- Rozumiem...- pokiwał głową Polak. Poczułam na prawej dłoni, czyjś dotyk. Musiał być to brunet, bo tylko my siedzieliśmy na tej sofie. Splótł swoje palce z moimi. Trochę mnie zaskoczył tym gestem, ale raczej pozytywnie.
- Zaraz zaśniesz... Nie zapominaj o sobie, dobra?- Mario się martwił? O mnie? Nie wierzę. Zdecydowanie za blisko niego siedzę. Sprawia mi to ogromną przyjemność. Nie powinnam.
- Nie mogę spać. Nie ma na to czasu.- wyjaśniłam.
- Spohie, proszę cię.- uniósł brew.- Nie przesadzaj.
- Oj, spokojnie. Poradzę sobie.- zapewniłam go. Byłam zmuszona opuścić, jakże wygodne miejsce, ponieważ woda zaczęła się gotować, a mój telefon pozostawiony na blacie, ogłaszał, że ktoś próbuje się do mnie dodzwonić. Szybko wyłączyłam ogień pod czajnikiem, przelewając gorącą ciecz do kubka. Odstawiłam również na bok, mleko na kakao, o którym sobie przypomniałam.
- Wraca moja wiara w dzisiejszą młodzież!- wypiął dumnie pierś, polski pomocnik. Zgaduję, że chodziło mu o melodię, nadal grającą w mojej komórce.
- To jest coś, a nie te wasze Biebery ( od razu wspomne, że nikogo nie chcę obrazić, każdy ma prawo słuchać czego chce, i nikomu nic do tego :))- prychnął Łukasz w stronę reszty towarzystwa. Zaśmiałam się cicho i odebrałam telefon.
- Dzień dobry. Z tej strony tata Olivii...- przedstawił się znajmy głos.
- Witam pana.- przewitałam się. Nie wiedziałam co powiedzieć.
- Przepraszam, jeśli przeszkadzam, ale chciałem się dowiedzieć, czy jest z tobą moja córka.- oświadzył.
- Nic się nie stało.- zapewniłam- Olivia jest u mnie. Mamy w planach razem się uczyć. Później odprowadzę ją do domu.- wyjaśniłam zmartwionemu ojcu przyjaciółki.
- Bardzo dziękuję za informacje. Kamień z serca.- wyraźnie mu ulżyło- To nic. Jeszcze raz przepraszam i dowidzenia.
- Dozobaczenia.- zakończyliśmy krótką rozmowę. Wymieszałam mleko z ziarnami kakaa, i napój był już gotowy. Zaczęłam sączyć swoją porcję mimo, że była gorąca. Później odczuję jej przykre skutki. Ale mój organizm domagał się kawy, jak nigdy. Dziś raczej też mi się nie uda, w pełni odpocząć. Mam jeszcze referat do napisania. Tak to jest, kiedy odkłada się wszystko na ostatnią chwilę.


*******

I jest 11, wow już 11 :o! Dzięki, że czytacie i komentujecie. Długo ze mną wytrzymujecie :D wiem, że na razie nic wielkiego tu się nie dzieje, ale przed założeniem bloga, postanowiłam, że w moim opowiadaniu nikt nie bedzie trafiał do szpitala co rozdział xdd chciałam, aby historia, wyglądała ,,naturalnie", mam nadzieję, że w miarę mi wychodzi :p chyba każdy widzi, że między Sophie a Mario iskrzy ^^ sporo dla nich przygotowałam, zresztą zobaczycie co z tego wyjdzie. Teraz rozdziały będą coraz mniej dołujące i smutne :) wreszcie! Już czasami mnie to męczyło, ale tak zaplanowałam, więc... czekam na komentarze, motywujcie dalej. Oglądałam ostatni mecz Niemców i widziałam potknięcie Reusa. To jakaś masakra... Jabym chyba psychicznie na jego miejscu, sobie nie poradziła :( biedny... zastanawiałam się sporo nad tym i doszłam do wniosku, że chyba gorzej niż kopać leżącego, jest znęcać się nad takim, który właśnie się podnosi... :/ pozdrawiam, powodzenia w szkole, bo w końcu PSO kiedyś się skończy :D

poniedziałek, 1 września 2014

ROZDZIAŁ 10-,, Nie będziesz wiedziała, skąd biorą się dzieci"

Siedziałam właśnie w mojej ulubionej kawiarni. Znudzona przeglądałam w telefonie różne portale społecznościowe, jak i strony plotkarskie. Robiłam to bardzo rzadko z braku czasu. Wyjątkowo dziś znalazłam na to chwilę. Przerywałam czytanie tylko, kiedy chwytałam za szklankę z owocowym koktajlem, przyniesionym przez młodą kelnerkę. Mój stolik stał w rogu sali, dzięki czemu nie byłam w centrum uwagi klientów oraz obsługi. Bez skrępowania wyciągnęłam przed siebie nogi, po czym położyłam swoje stopy, na stojącym na przeciw mnie krześle. Nie wiem, jak długo trwałam w tej wygodnej pozycji. Akurat zaczytałam się w artykule, krytykującym ubiór naszej pani kanclerz, gdy ktoś zasłonił mi światło. Nie zdążyłam unieść głowy, aby zidentyfikować postać, kiedy poczułam, że moje stopy zsuwają się na ziemię, a na krześle zasiadła jakaś postać. Spojrzałam na dobrze znaną mi sylwetkę.
- Nie za wygodnie ci?- usłyszałam głos młodego piłkarz. Na jego twarzy, jak zwykle gościł uśmiech.
- Nie pogardziłabym poduszką.- zaśmiałam się, chowając komórkę do kieszeni spodni.
- Co tutaj robisz o tej porze?- zapytał, obracając w dłoni plastikowy kubek, zapewne z napojem na wynos.
- Zwiałam z ostatniej lekcji i piję pyszny koktajl.- na potwierdzenie słów, upiłam łyk różowej mieszaniny owoców.
- Uuuu, ktoś tu wagaruje...- uniósł zabawnie brew.
- No bez przezady. Po co mam siedzieć 45 minut na wychowaniu do życia w rodzinie, jeśli mogę spędzić czas tutaj.- wzruszyłam ramionami.
- Nie będziesz wiedziała, skąd biorą się dzieci.- powiedział, opierając się o oparcie siedziska.
- To przyjdę do starszego kolegi i on wszystko mi opowie.- chciałam, żeby zabrzmiało poważnie ale się nie udało i oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
- Trzymam za słowo. Ale wiesz, że dla twojego dobra powinienem opowiedzieć o tym twojemu ojcu.- pochylił się na stołem. Wiedziałam, że coś kręci.
- Mario Goetze konfidentem?- rzekłam.
- Ciszej, bo mnie jeszcze znajdą.- rzucił błagalnie, poprawiając czapkę z daszkiem.
- Oh ta sława....- odgarnęłam teatralnie włosy.
- Nie nabijaj się ze mnie.- zaśmiał się.- Wracając do tematu... Nie powiem Romanowi o twoim wybryku pod jednym warunkiem.- w sumie nawet gdyby ojciec się dowiedział, to co by mi zrobił? Mogłabym go sama uświadomić ale ja z nim bez potrzeby nie rozmawiam.
- I co miałabym niby zrobić?- zapytałm z ciekawości. Spodziewałam się raczej głupiego wyzwania.
- Za dwa tygodnie organizuję u siebie w ogrodzie ognisko. Kilka dni przed wyjazdem na zgrupowanie kadry. Będzi kilku moich starych znajomych. I mój kuzyn, którym obiecałem, że się zajme.- oświadczył.
- A rozumiem, czyli miałabym robić za niańkę?- chciałam się upewnić.
- Nie do końca. Ma trzy lata, więc myśle, że sobie poradzę ale zostaje u mnie na noc i tu zaczynają się schody. Myślałem, że może wpadłabyś na ognisko i po prostu została na noc? Mam wolne pokoje gościnne.- wyjaśnił- A no i nie chce słyszeć, że musisz się uczuć, więc mówię już teraz.- uśmiechnął się na koniec.
- Czasami ten twój uśmieszek jest irytujący.- zauważyłam.
- Przyjmuję to jako komplement i potwierdzenie przyjścia, i nocowania u mnie.
- Niech ci będzie.- wypiłam mój napój do końca. W sumie może być ciekawie na imprezce u Goetzego.- Dobra ja się zbieram. Właśnie skończyła mi się lekcja. Czas wracać do domu. Jutro sprawdzian z historii.- rzekłam z niezadowoleniem, wstając od stołu.
- Trzymam kciuki. Dasz radę. Jak zawsze.- uniósł kąciki ust do góry, przepuszczając mnie w drzwiach.
- Miejmy nadzieję...- zarzuciłam torbę na ramię.
- Ja niestety idę w tamtą stronę...- kubkiem z gorącym napojem, wskazał na przeciwną drogę, niż tą która prowadziła do mojego domu.
- No trudno. To do zobaczenia.- ucałowałam go w policzek na pożegnanie i odeszłam w swoją stronę.
- Pamiętaj, jakbyś o coś chciała zapytać to dzwoń!- krzyknął już z daleka. Oczywiście chodziło mu o tematy związane z płodzeniem dzieci.
- Głupek...- zkwitowałam. Droga do domu minęła mi w dość szybkim tępie. Organizm się dotlenił, więc można zacząć bój z historią. Znienawidzone daty czekają... Od razu kiedy uchyliłam drzwi, poczułam dobrze znaną mi woń. Miałam nadzieję, że się myle. Zdjęłam z siebie wierzchnie ubranie. Skierowałam swoje kroki prosto do kuchni. Po drodze odnalazłam źródło intensywnego zapachu. Lawenda. Ktoś, podejrzewam, że Lisa, rozpalił kadzidełka właśnie o woni tych kwiatów. Momentalnie po policzkach zaczęły płynąć mi łzy, jak z odkręconego kranu. Głowa zaczęła boleć, a jakby tego było mało, do obiawów dołączył kaszel. W kuchni spotkałam ojca, wyjmował czyste naczynia ze zmywarki.
- Boże, dziecko co ci się stało?!- taka była jego reakcja na mój widok. Zapewne miałam już zaczerwienione oczy.
- Cholera jasna!- przeklnęłam. Bramkarz złapał mnie za ramiona, jakby bał się, że zaraz się obalę. Odkaszlnęłam, aby móc dokończyć swoją wypowiedz.- Kto pozapalał te kadzidełka?!
- Lisa chciała, aby ładnie pachniało. Ale co to ma niby...- zaczął coraz szybciej mówić.
- Mam uczulenie na lawende.- odepchnęłam go i zbliżyłam się do szafki z lekami. W końcu znalazłam w niej odpowiednie tabletki, które połknęłam bez popijania. Do tego nawdychałam się podwójnej porcji leku odczulającego. Zakryłam usta, jak i nos kapturem od bluzy, po czym obarłam się o krzesło.
- Ja... Nie wiedziałem... Ale ty nigdy nie miałaś alergii...- na początku błądził wzrokiem, a później złapał się za głowę.
- Wykryto ją, kiedy miałam 11 lat.- prychnęłam zła.- Powinnieneś o tym wiedzieć. Stał, jak zamurowany. Ukrył twarz w dłoniach. Chciałam, jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju. Kiedy opuszczałam pomieszczenie, usłyszałam ciche:
- Przepraszam, jestem beznadziejny...- nie było mi go ani trochę żal. Otworzyłam drzwi od mojej sypialni, a tam kolejna niespodzianka. Na biurku stał tzw. kominek, a w nim zapalony podgrzewacz i... olejek! Ten sam co w reszcie domu. Pośpiesznie chwyciłam za przedmiot i zaniosłam spowrotem do kuchni.
- Nie życzę sobie, żebyście wchodzili do mojej sypialni!- wściekła wróciłam do swojego pokoju, po czym otworzyłam okno na ościerz, aby wpuścić świerze powietrze. Ciągle czułam tą ostrą, kłującą woń. Nie mogłam wytrzymać w tym pomieszczeniu. Przypomniałam sobie, że Matt prosił mnie, abym zeskanowała mu notatki z biologii i wysłała e-mailem. W sumie mogłabym pożyczyć mu zeszyt. Czemu by nie przejść się do niego i nie dostarczyć osobiście notatek? Przy okazji pooddycham sobie powietrzem, nie lawendą. Już po chwili szłam drogą, która miała mnie zaprowadzić do posiadłości mojego kumpla. Jakoś specjanie się nie śpieszyłam. Cieszyłam się z każdego wdechu, po którym nie chciało mi się kaszleć. Od jekiegoś czasu przestałam łzawić. Nagle świat stał się piękniejszy. Przeklęta lawenda... Zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi, dobrze prezentującego się domu. W wejściu przewitał mnie właśnie Matt.
- Siemka. Wchodz, nie będziemy w progu rozmawiać.- gestem ręki, zaprosił mnie do środka.
- Ja tylko na chwilę. Przyniosłam ci zeszyt z notatkami, o które prosiłeś.- wyjaśniłam, wręczając koledze notatnik.
- Dzięki, nie musiałaś się fatygować.- uśmiechnął się- Sophie, ty płakałaś?
- Egh, to alergia. Moja macocha chyba chce mnie wykończyć...- cicho westchnęłam.
- Nie mów tak. Z resztą nie będę wnikał. Ale jak coś, to znasz mój numer.- obydwoje wybuchnęliśmy śmiechem- Zawsze można autko przyrysować...
- Ty już się w nic lepiej nie pakuj, bo kuatora dostaniesz, a po co ci to?- zapytałam retorycznie.
- Żartowałem tylko przecież...- tłumaczył się.
- Ja cie znam.- pogroziłam mu palcem.- Dobra, lece. Trzymaj się.
- Do jutra.- pożegnaliśmy się, po czym ruszyłam w drogę powrotną, pogrążona w swoich myślach. Dlaczego jest tak, że człowiek zaczyna doceniać coś, dopiero kiedy to straci? Kiedy mamy katar, który uniemożliwia nam swobodne oddychanie. Przekonujemy się wtedy, jak komfortowo jest móc bez przeszkód pobierać niezbędny tlen. Gdy złamiemy którąś z kończyn. Wtedy odczuwamy ich brak przy codziennych i banalnych czynnościach. Czy kiedy tracimy bliską nam osobę. Dopiero po jej śmierci powoli dociera do nas, jak wiele ona dla nas znaczyła, ile jej zawdzięczamy, i jak jej nam brakuje. Przyzwyczajamy się do tego, że jesteśmy zdrowi, do osób, które odgrywają ważne role w naszej szarej rzeczywistości. Później tracimy grunt pod nogami. Jaby ktoś wylał nam na głowe kubeł lodowatej wody. Wtedy to do nas dociera. Ale czy to nie za późno? Dlaczego tak jest? Dlaczego jesteśmy tak ślepi? Chciałabym znać odpowiedz na to pytanie, ponieważ sama nie mam zielonego pojęcia. Wielu ludzi tak właśnie postępuje, w tym ja, a nie licznych uważa się za wariatów.
,,.... a jeśli dzieli nas, od przepaści krok..."

Zabrałam z pokoju wszystkie potrzebne mi do nauki rzeczy i przeniosłam je do ogrodu. Tata pod moją nieobecność otworzył wszystkie możliwe okna, ale woń nadal była wyczuwalna. Nie pozwalała mi się skupić. A w ogrodzie stała drewniana huśtawka, więc czemy by jej nie wykorzystać? Wzięłam ze sobą jeszcze koc, ponieważ wieczory robią się chłodne. Oczywiście muzyka, chyba jestem uzależniona ale nic na to nie poradzę. Włączyłam w telefonie najnowszy album Coldplay'a, który kilka dni temu pobrałam. Odłożyłam komórkę na stolik, po czym usadowiłam się wygodnie na brązowych belkach. Nakryłam się do pasa bawełnianym kocem i chwyciłam podręcznik. Bez trudnu znalazłam stronę, na której widniał tytuł: Powtórka przed sprawdzianem. Znalazłam tam wszystkie potrzebne informacje do przysfojenia. Lekko bujając się na huśtawce, przy ulubionych melodiach, próbowałam wchłanić wiedzę. Nie obchodziła mnie wykrzywiona w bólu twarz ojca. Wiedziałam, iż gryzą go wyrzuty sumienia. Siedział sam na kanapie, w salonie, w ciszy. Myślał nad czymś intensywnie. Wiedział, że popełnił wielką gafę. Jak ojciec może nie wiedzieć o alergii dziecka? Przecież mieszkamy pod jednym dachem. No właśnie tylko teoretycznie. Praktycznie ciągle się mijamy. Nie znamy się tak dobrze. Może lepiej niech tak zostanie. Widocznie tak ma być i już. Nie warto się nad tym wielce zastanawiać. Ojciec popełnił kolejny błąd. Moja złość na niego już minęła. Pozostała obojętność. Tylko to.
Poszło całkiem sprawnie. Myśle, że dwie trzecie materiału, mam już w małym paluszku. Chwila przerwy, bo te wszystkie daty wirują mi przed oczami. Przeciągnęłam się, ziewając. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, w celu sprawdzenia godziny. Dopiero przed siódmą, a ja czuję się wykończona dzisiejszym dniem. Muzyka przestała grać, a komórka zaczęła wibrować. Oznaczało to połączenie przychodzące. Chwyciłam za przedmiot, po czym wdusiłam zieloną słuchawkę.
- Hej, ty też kujesz czy liczysz na szczęscie, że będą odpowiedzi a,b,c?- zaśmiałam się. Mówiłam do mojej przyjaciółki Olivii.
- Zastanawiałaś się kiedyś, jak pożegnasz się z tym światem?- usłyszałam po chwili ciszy. Uznałam to za żart.
- Myślę o tym przed każdą lekcją fizyki.- odpowiedziałam. Znowu głucha cisza.- Olivia jesteś tam?- dopytywałam. Do moich uszu dotarł dzwięk, jakby stłumionego szlochu.
- Przyjedziesz, proszę? Bo chyba sobie coś zrobie...- tak, moja przyjaciółka płakała. Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo zaraz zakończyła rozmowe telefoniczną. Siedziałam chwilę zszokowana. Kiedy dotarły do mnie słowa koleżanki, wybiegłam z ogrodu, jak popażona. Pośpiesznie założyłam buty w korytarzu.
- Gdzie ty wychodzisz o tej porze?- zapytał zdziwiony ojciec.
- Ja... później się odezwe...- plątał mi się język. Nie wiedziałam co zastane, kiedy dotrę na miejsce. Nie było czasu na szukanie roweru. Biegłam przed siebie. Gdyby ktoś zmierzył mi teraz czas, najprawdopodobniej był by to mój rekord życiowy. Bałam się o nią. Mogła sobie coś zrobić. Słyszałam w jej głosie niepokój i ogromy smutek. Ale czy zostało to spowodowane? Nick? Nie, na pewno nie. Olivia nie chciałaby zrobić sobie krzywdy, tylko ze względu na chłopaka. Nawet jeśli jest w nim zakochana, nie zrobiłaby tego. Dobrze ją znam. Widok na horyzoncie domu przyjaciółki dodał mi kopa. Po chwili stałam już przed drzwiami. Nie dzwoniąc dzwonkiem, chwyciłam za klamkę i wtargnęłam do środka. W mieszkaniu panowała cisza. Wszędzie ciemno i głucho, jakby domowników nie było w domu. W szybkim tępie odnalazłam pokój rówieśniczki, po czym weszłam do niego. Olivia siedziała na łóżku, z podciągniętymi kolanami. Na stoliku nocnym paliła się lampka. Jedyne źródło światła w pomieszczeniu. Zajęłam miejsce obok, czekając na jej ruch. Widok przyjaciółki całej i zdrowej trochę mnie uspokojił. Zdążyłam złapać oddech, po przebiegnięciu dystansu, kiedy Olivia uniosła głowę. Objęłam ją ramieniem. Na jej twarzy widziałam ślady łez i napływające ich nowe krople. Cicho łkała. Przesunęła na pościeli, delikatnie pogiętą kartkę, w moją stronę. Zawachałam się, lecz chwyciłam papier w dłoń. Okazało się, że był to list. List, od jej najstarszego brata, Adama tego, które udziela się na misjach w Awganistanie.

Droga Rodzino!
Przepraszam, że dawno nie pisałem. Mam nadzieję, że zrozumiecie. Mam sporo obowiązków, ale udało mi się znaleźć dla was chwilę. Bardzo za wami tęsknie i często o was myśle. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, możliwe, że za dwa miesiące wrócę do domu. Miałbym wtedy wolne od służby przez pół roku. Cieszę się na myśl o spotkania z wami. Mamy tyle do nadrobienia. Mam nadzieję, że u was wszystko w pożądku. Pozdrawiam was wszystkich. Chłopaki trzymajcie się. Jak wrócę zagramy w Fifę. Liczę, że dacie mi na początek jakieś fory. Tato, jak twój kręgosłup? Praca za biórkiem jednak ma swoje minisy. Jeśli będziesz się czuł na siłach, co powiedziałbyś o jakiś rybach? Jak za starych czasów... Mam te chwile w pamięci. Mamo, czy załapałbym się na jakąś pizze twojej roboty? Z dużą ilością ketchupu... Aż ślinka cieknie. Chętnie bym ci pomógł w jej pieczeniu, ale nie biorę odpowiedzialności za to co z tego wyjdzie. Olivio, moja kochana. Na pewno urosłaś od ostatniego razu, kiedy cię widziałem. Ale plac zabaw nadal jest nasz. Pamiętasz, jak cię huśtałem? A ty krzyczałaś: ,,Wyżej, wyżej! Ja chcę do nieba!". Byłaś wtedy taka malutka. Musimy koniecznie odwiedzić razem to miejsce. Trzymajcie się wszyscy ciepło. Pozdrówcie odemnie resztę rodzinki. Do zobaczenia, miejmy nadzieję już niedługo.
Wasz Adam.
Wszystko ładnie, pięknie. Ale ja nadal nie rozumiem. Powinna się cieszyć, że spotka się z bratem. Nie miałam okazji poznać go osobiście, ale znałam go z opowiadań koleżanki. Łączyła ich wielka więź. Nawet ślepy by to zauważył.
- Sophie- usłyszałam głos Olivii. Przytuliłam ją jeszcze mocniej, aby czuła się bezpiecznie.- Adam... Dzwonił komendant... I mówił...- robiła przerwy między wyrazami- Podrzucono bąbe do ich obozu... 10 żołnierzy... Zginęło na miejscu... W tym Adam.- wybuchnęła jeszcze większym szlochem.

*****
Tada! Jest! Kolejny! Czy wena wróciła? Nie wiem, ale piszę już z większą przyjemnością, więc chyba wszystko idzie w dobrą stronę :) wiem, znowu smutny... znowu Sophie jest ,, nie czuła" w stosunku do Romana. Ale już niedługo :D wszystko zmierza w dobrą stronę, tak myśle. Rozdziały postaram się dodawać raz w tygodniu ale nic nie obiecuję. Szkoła, rozumiecie :/ wrzesień przyszedł i nic nie da rady z tym zrobić niestety... przepraszam za ortografie, sprawdzałam na szybko
Dziękuję za komentarze. Sprawiają, że się uśmiecham, kiedy je czytam. Liczę na wasze opinie na temat tego rozdziału. Nie jest za długi, ale tak chciałam go zakończyć :) pozdrawiam
WSPOMNIENIA :')

niedziela, 24 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ 9-,, Pożyjemy, zobaczymy"

Obudziłam się po godzinie 11. W nocy kilka razy uchyliłam powieki, lecz Goetzego już nie ujrzałam. Chciałam się przeciągnąć ale szybko przypomniałam sobie o ręce. Wstałam z łóżka, po czym skierowałam swoje kroki prosto do łazienki. Zrzuciłam z siebie wczorajsze ciuchy i odwinęłam opatrunek. Po chwili czułam już na ciele gorące krople wody. Umyłam włosy moim ulubionym szamponem, o zapachu mango. Potem nakładając na dłonie mydło, odświerzyłam resztę swojego ciała. Po dokładnym spłukaniu piany, owinęłam się w niebieski ręcznik. Szybko chwyciłam suszarkę, w celu wysuszenia włosów. Strasznie denerwowało mnie, kiedy moczyły one moje plecy. Gdy zabieg dobiegł końca, wróciłam do sypialni. Odsłoniłam roletę z okna, aby promienie słońca, mogły zawitać w pomieszczeniu. Bez większych dylematów, jak to podobno mają w zwyczaju kobiety, wybrałam ubrania na dzisiejszy dzień. Po założeniu bielizny, założyłam czarne rurki i koszulę w czerwono- niebieską kratę. Rękawy podwinęłam na wysokość łokcia. W lewą rękę delikatnie wsmarowałam maść, którą wczoraj wręczył mi lekarz. Rana na niej przypomniała mi o wszystkich zdarzeniach wczorajszego dnia. Zachowałam się jak guwniara. Muszę porozmawiać z młodym Niemcem. Strasznie mi głupio. Kiedy mazidło się wchłonęło, sprawnie ukryłam ślady po upadku, pod bandażem. Zeszłam do kuchni. Byłam strasznie głodna. W pomieszczeniu niestety, siedziała para ludzi, których starałam się unikać.
- Cześć, nieźle sobie pospałaś. Jak ręka? Mario opowiedział mi o wszytkim, dziś na treningu.- powiedział. Zamierzałam się do niego nie odzywać. Postanowiłam przygotować sobie na śniadanie omlet z owocami. Układałam już na talerzu ostatnie borówki, chwyciłam w drugą dłoń szklankę z mlekiem i sztućce. Nie będę jadła w tak napiętej atmosferze. Usadowiłam się wygodnie na łóżku, konsumując moje dzieło. W między czasie zalogowałam się na Skype, a przy zdjęciu Felixa widniała zielona kropka. Nacisnęłam słuchawkę, aby połączyć się z przyjacielem.
- Hejoooooo!- usłyszałam. Na ekranie machali do mnie Felix, Matt, Adam i Olivia.
- Wow, więcej was matka nie miała?- zaśmiałam się. Nie spodziewałam się, że będą tam wszyscy.
- Oj tam, oj tam. Co wcinasz?- zainteresował się, wiecznie głodny Matt.
- Śniadanko. Omlet z owocami i do tego mleko.- wytknęłam w jego stronę język.
- Mniaaam....- rozmarzył się.
- Dopiero jesz śniadanie? Już po 12...- uniosła brew Olivia.
- Weekend mamy, to można pospać.- wzruszyłam ramionami, po czym upiłam łyk mleka.
- Ja codziennie wstaje o 7. Nie umiem inaczej.- dodała.
- Może jesteś chora?- wtrącił Adam, za co dostał kuskańca w bok od przyjaciółki.
- Jak dzieci...- westchnął ,, ten najdojrzalszy", mianowicie Felix.
- Co planujecie na dziś?- zapytałam, raczej obojętnie.
- Męskie popołudnie! Tylko jedzenie, gry i my!- wypięło dumnie pierś, trzech Niemców.
- Ja jadę na wycieczkę rowerową z Nickiem.- uśmiechnęła się promiennie moja przyjaciółka.
- Uuuuuu...- zawyli chłopcy.
- No, no... Jesteście już parą?- dopytaywałam zaciekawiona.
- Nieee, ale dowiecie się pierwsi.- rzekła.
- Czyli wszystko idzie w dobrym kierunku.- pokiwałam głową.
- Pożyjemy, zobaczymy.- zakończyła temat. Po chwili pożegnaliśmy się z braku tematów. Bo ile można patrzeć na te same twarze? Nie no żartuję. Ale czasami ma się ich dość. Wyłączyłam laptopa i odstawiłam brudne naczynia na biurko. Zdążyłam poprawić pościel na łóżku, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Byłam pewna, że to ojciec albo Lisa.
- Nie ma mnie i nie będzie!- rzuciłam. Niech ci ludzie dadzą mi święty spokój. Nie spodziewałam się osoby, którą ujrzałam w drzwiach.- Mario...?
- Tak, dokładnie ten Mario. Zabójczo przystojny, utalentowany, inteligentny, kulturalny i skromy Goetze.- obrócił się do okoła swej osi. Uniosłam kąciki ust do góry. Nie wiedziałam, że spotkam chłopaka, tak wcześnie i nie zdążyłam ułożyć w głowie, żadnej przemowy. No trudno, będzie spontanicznie.
- Chciałam cię przeprosić za wczoraj. Jest mi strasznie wstyd. Nie powinnam się tak zachowywać. Poświęciłeś swój wolny czas na użeranie się ze mną. Nie wiesz, jak strasznie mi teraz głupio.- cicho westchnęłam- Po prostu ojciec mnie wkurzył na maksa... I tak wyszło, że wszystkie emocje, jakie się we mnie zbierały od jakiegoś czasu, wybuchły. Dziękuję, że zostałeś przy mnie, kiedy cię potrzebowałam. - nerwowo bawiłam się palcami. Piłkarz podszedł w moją stronę. Stał na przeciwko mnie.
- Nie masz za co przepraszać...- zaczął.
- Ale...- nie mogłam dokończyć swojej wypowiedzi, ponieważ brunet przyłożył swój palec do moich ust.
- Ja ci nie przerywałem.- uniósł brew.- Każdy ma prawo mieć gorszy dzień. Cieszę się, że mogłem w jakimś stopniu pomóc. Polecam się na przyszłość.- uśmiechnął się promiennie, po czym pocałował mnie w policzek. Pierwszy raz czułam, że się rumienie.- Wolę ciebie w takiej wersji. Uśmiechniętą, zarumienioną...- szturchnęłam go w ramię.- A! I bardzo lubię spędzać czas z tobą.- zakończył.
- Dziękuję.- nie miałam pojęcia, co jeszcze mogę powiedzieć.
- Jak się dziś czujesz?- zapytał.
- Maść działa. Nic nie boli, więc chyba jest dobrze.- spojrzałam na zabandarzowaną rękę.
- To świetnie, ale chodziło mi raczej, o twoje samopoczucie.- wyjaśnił. Aż tak się o mnie troszczy?
- Wporządku...- rzekłam
- Taaa, a ja jestem ślepy.- prychnął.
- Lepiej niż wczoraj.- oświadczyłam, siadając na łóżku.
- Co dziś będziesz robić?- zajął miejsce obok mnie.
- Nie wiem... Pewnie po południu macie mecz, czyli chata wolna. Zaszaleje i może się pouczę.- cicho westchnęłam.
- A tu cię zaskoczę, gramy jutro. Dziś już jesteśmy po trenigu, więc mamy wolne.- oznajmił.
- Czyli pełna regeneracja...- zaśmiałam się.
- Zwał, jak zwał. Porywam cię.
- Tsaaa, i myślisz, że poddam się bez walki?- założyłam nogę na nogę.
- A nie?- przygryzł wargę.
- Zależy gdzie...- zaśmiałam się szczerze już kolejny raz dzisiejszego dnia. A wszytko to zasługa tego bruneta. Co on ze mną robi?
- Chciałem zabrać cię do Reusa.- powiedział.
- Nie będę się wam wpraszać.- pokręciłam przecząco głową.
- Będzie tylko nasza trójka. Już z nim o tym gadałem i nie miał nic przeciwko.- wyjaśnił.
- A mnie o zdanie nie zapytałeś...- stwierdziłam.
- Bo znam twoją odpowiedz. Więc nie proponuję ci wyjścia, tylko oświadczam, że cię porywam.- wyjaśnił, jakby było to logiczne.
- Oj Mario... Posiedzicie sobie razem, porozmawiacie. Ja się sobą zajmę. Nie lubię być piątym kołem u wozu, a mam w tym spore doświadczenie.- zacisnęłam usta w wąską linijkę.
- Nie wygłupiaj się. Chcę, żebyś pojechała ze mną. Spędzimy czas razem. Poprawi ci się humor... Proooooszę! Będzie fajnie.- próbował mnie przekonać. W sumie nie miałam nic do stracenia. Ale czułam, że wpycham się gdzieś na siłę. Piłkarz zauważył moje wachanie.- Sophie, nie będziesz nikomu przeszkadzać. Jesteś dla mnie bardzo ważna. Bałbym się, że wpadniesz na jakiś głupi pomysł i zrobisz sobię krzywdę. Reus mnie rozumie. On jest moim przyjacielem i fajnie by było, gdybyście poznali się lepiej...- dokończył.
- Skoro tak ci na tym zależy... Mogę jechać.- westchnęłam.
- Super.- klasnął z zadowolenia w dłonie. Wyszliśmy z mojego domu i zajeliśmy miejsca w samochodzie chłopaka. Nie informowałam ojca gdzie się wybieram i kiedy zamierzam wrócić. Cieszę się, że nie zastawił mi drogi i nie chciał wyciągnąć ze mnie informacji. Może Bóg mnie wreszcie wysłuchał i dostanę w prezencie trochę luzu? Mam nadzieję. Jechaliśmy ulicami Dortmundu. Nie miałam pojęcia, gdzie znajduję się posesja blondyna. Jeszcze nigdy tam nie byłam. Mario cały czas coś paplał. Nie mogłam się skupić na jego słowach. Po mojej głowie krążyły inne myśli. Właśnie porównywałam moje relacje z piłkarzem, do tych z Marcelem. Jeśli chodzi o gwiazdę footballu... Każdy jego gest, dotyk sprawia, że dostaję gęsiej skórki. Widzę, że jest przystojny. Czy to tylko przyjaźń? Nigdy nie czułam nic takiego przy muzyku. Często doradzałam mu w wyborze dziewczyny. Pomagałam w doborze ciuchów na randki... Ale czy gdyby Mario przyszedłby do mnie z podobną prośbą, była bym mu w stanie pomóc? Czy nie sprawiłoby mi to bólu? Czy to jest ta miłość, o której wszyscy do okoła mówią?
- Już jesteśmy.- przerwał moje rozmyślenia brunet. Wysiedliśmy z auta, po czym przekroczyliśmy próg domu pomocnika Borussii.
- Siema.- przewitał nas pan domu, przybijając piątkę z kumplem.
- Hej... Ja nie chciałam się wpraszać...- zaczęłam się tłumaczyć.
- No co ty...Ustaliłem z Mario wcześniej, że ma cię przywieźć chociażby siłą.- zaśmiał się. Przeszliśmy do salonu. Usiadłam na wygodnej kanapie.
- Piwko?- zaproponował Marco, Goetzemu.
- Prowadzę.- skrzywił się.
- Ty niepełnoletnia, sam pił nie będę...- westchnął chowając butelki do szafy.
- Akurat tego nie lubię. Jak lemoniada.- oznajmiłam. Panowie spojrzeli na siebie znacząco. Wybuchnęłam śmiechem.- Ciekawe co wy piliście w moim wieku...
- Może to lepiej niech zostanie tajemnicą.- uśmiechnął się najstarszy z naszego grona, zajmując miejsce obok mnie.- Widzę, że humorek nie dopisuje...- stwierdził. Wzruszyłam ramionami.
- Żadna nowość, jeśli chodzi o mnie.- rzekłam.
- Jak ja mam zły dzień, wychodzę na boisko, pograć w piłkę.- powiedział, Mario. Dobrze zrozumiałam aluzję.
- Co? Powiedział wam?- chodziło mi oczywiście, o tate i mój niby talent.
- Wszyscy wiemy, że młoda idzie w ślady ojca.- oznajmił Marco.
- No to chyba mam jakąś siostrę, o której istnieniu nie wiedziałam. Biedna dziewczyna.- rzuciłam z sarkazmem.
- Nie przesadzajmy.- wtrącił Mario.
- Dlaczego nie chcesz spróbować się rozwijać w tym kierunku?- zapytał Marco.
- Bo nie.- nie miałam ochoty wszystkiego im tłumaczyć.
- To spory argument.- prychnął wyższy.
- Nie będę robić czegoś, na siłę. Co nie sprawia mi żadnej frajdy.- uniosłam brew.
- Próbowałaś chociaż?- dopytywał Goetze.
- Zmieńmy temat.- oznajmiłam. Panowie cicho westchnęli. Ich plan spalił na panewce. Chcieli mnie przekonać do piłki. Nie wyszło.
- Może coś zamówimy do jedzenia?- zaproponował Reus- Pizza?
- Chińszczyzna?- rzekł Mario.
- Ja przed chwilą dopiero śniadanie zjadłm.- zaśmiałam się.
- Możemy zamówić, za nim dowiozą zgłodniejesz.- oznajmiła klubowa dziesiątka.
- To może lepiej coś sami przyżądzimy? Szybciej, taniej, zdrowiej...- wyszłam z inicjatywą.
- Mam dwie lewe do gotowania.- uniósł ręce właściciel posesji. Znowu się zaśmiałam.
- Pomogę wam. Damy radę. Gdzie masz kuchnię?- przeszliśmy do wspomnianego pomieszczenia.- Wow... Piękna, i jaki pożądek...
- Bo nie używana.- uniósł kąciki ust do góry. Zauważyłam, że brakuje jego kolegi. Wychyliłam się z za drzwi, krzycząc w stronę salonu.
- A pan specjalne zaproszenie potrzebuje?
- Nie obejdzie się bezemnie?- leniwie, podniósł się z kanapy.
- Przykro mi, ale nie...- zaśmiałam się.
- To co ma robić?- zapytał spóźnialski.
- I co będziemy jeść?- dopytywał drugi.
- Zrobimy ryż z warzywami i kurczakiem. Pasuje?- nie wiedziałam, czy to danie odpowiada sportowcom.
- Oczywiście.- powiedzieli równocześnie.
- To wasza robota.- ułożyłam na wyspie kuchennej, warzywa które trzeba było rozdobnić.- Pokroicie w drobne plasterki.- oznajmiłam.- Marco przydałaby mi się jeszcze jakaś patelnia,...
I tak o to spędziliśmy czas w kuchni. Ja przygotowałam mięso, a później ryż. Panowie strasznie długo kroili warzywa, bawiąc się przy tym, jak małe dzieci. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się uśmiałam. Aż bolał mnie brzuch. W między czasie blondyn włączył radio. Podśpiewywaliśmy niektóre piosenki. W końcu wypadło na znienawidzony przeze mnie utwór.
- Wiggle, wiggle, wiggle!- śpiewali piłkarze, aby mnie zdenerwować. Ta piosenka nie miała dla mnie sensu. Ani tekst, ani melodia nie wpadła w mój gust.
- Chłopaki, prooooooszę. Przestańcie.- błagam ich, mieszając warzywa na patelni. Mario z Marco sprzątali blat kuchenny. Wreszcie utwór dobiegł końca.
- A tak pięknie było...- skomentował brunet.
- Ta, do chóru was zapisać.- zaśmiałam się.- Można zanieść już talerze i sztućce do stołu. Blondyn chwycił za szkło i opuścił pomieszczenie, a Mario wyjmował z szuflady noże i widelce.
- Pięknie wyglądasz, kiedy się złościsz.- usłyszałam, kiedy przechodził obok mnie. Zaśmiałam się cicho. Kolejne komplementy z jegi strony w moim kierunku. Kiedy posiłek był już gotowy, przełożyłam go na duży półmisek i zaniosłam do jadalni. Obiad wszystkim smakował. Chłopcy stwierdzili, że jednak umieją gotować. No i w takim towarzystwie spędziłam resztę dnia. Świetnie się bawiłam. Cieszyłam się, że Mario namówił mnie na to wyjście. Pewnie siedziałabym teraz w książkach, a jestem z materiałem na bierząco. Polubiłam Marco. Okazał się być sympatycznym gościem. Nie dziwię się, że Mario się z nim trzyma. Pasują do siebie. Widać, że blondyn nie jest fałszywy. A w tych czasach trudno o takie osoby. Każdy patrzy na tylko na swoje potrzeby, nie zauważając bliźniego. Przykre ale prawdziwe.




*******
Nie wiem co powiedzieć. Nie jestem zadowolona z tego powyżej. Wiem co chcę napisać ale na papierze to nie wygląda, tak jakbym oczekiwała. Przyjme wszelką krytykę :) czekam na szczere opinie. Rozdziały pojawiały się co tydzień. Nie wiem kiedy pojawi się następny. Po pierwsze brak weny. Liczba komentarzy zmalała :/ motywujcie, motywujcie liczę na was.
Po drugie sprawy prywatne. U mnie jest niezaciekawie. Mam chwilowo doła. Wyszystko się uzbierało. Nasze pszczółki przegrały 0:2, strasznie mi żal chłopaków :/ do tego sporo kontuzji ZNOWU... wrzesień nadchodzi wielkimi krokami, rok szkolny... masakra, resztę zostawię dla siebie. Nie lubię się żalić :/ Także czekam na komentarze i powrót mojej weny. Pozdrawiam.
PS Moja mama powiedziała, że Lewy
strasznie wygląda w stroju Frayernu :D



sobota, 16 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ 8-,, Bo przyjaciel to taka osoba, która zrobi wszystko, aby wyciągnąć cię z najgłębszego dołu"

Nie przepadam za zimą. Co prawda mamy październik ale zmiana czasu... Szybciej robi się ciemno, dni są krótsze. Mamy mniej czasu na spędzanie popołudnia na świeżym powietrzu... Chowamy gdzieś w szafach szorty czy trampki. Nie lubię tego. Zawsze na początku jesieni wpadam w taką ,,depresję". Liście spadają, przez co drzewa wydają sie być smutne, gołe. Wszystkie piękne kwiaty dawno przekwitły. Nic nie jest takie samo. Nawet święto każdego ucznia, zwane piątkiem. Do tego zaczyna się prawdziwa gorączka przed egzaminami. Najchętniej położyłabym się spać i obudziłam dopiero na wiosne. Jednak te zwierzęta, które są pogrążone w śnie całą zimę, mają za dobrze. Zazdroszczę im. Siedziałam właśnie w swoim pokoju. W powietrzu wogóle nie odczuwałam nadchodzącego weekendu. W tle dało się usłyszeć cichą melodię piosenki ,, Here without You". Ale był to cover w wykonaniu mojego przyjaciela. Marcel uczęszczał do szkoły muzycznej. Razem z grupką znajomych w ramach szkolnego projekty, nagrali płytę. Można było na niej znaleźć wiele utworów, w różnych gatunkach muzycznych. Idealnie wpasował się tu nazwa krążka ,,Kogel mogel". Dochody ze sprzedarzy ich dzieła, miały zostać przeznaczone na fundację pomagającą chorym dzieciom. Właśnie to było w starannie zapakowanym pudełku, które wręczył mi siatkarz. Prezent bardzo mi się spodobał. W wielu piosenkach Marcel śpiewał solówki, a ja poprostu kochałam jego głos. Zdążyłam się nauczyć całego spisu utworów. Wkółko włączałam replay. Postanowiłam zatelefonować do rodziny w Monachium. Wybrałam numer do kobiety, która zastępywała mi matkę.
- Cześć babciu!- przewitałam się radośnie.
- Wnusiu moja kochana, jak dawno nie dzwoniłaś...- usłyszałam ją w słuchawce. Byłam pewna, że się uśmiecha.
- Przepraszam, tak jakoś wyszło. Ale wiedz, że bardzo za wami tęsknie. Za tobą i dziadkiem.- wyjawiłam.
- Sophie, nam też cie brakuje.- powiedziała, cicho wzdychając- Ale damy sobie radę. Przyjedziesz na święta.
- Już się nie mogę doczekać.- rzekłam, uradowana.
- My też. Co u was słychać? U ciebie i twojego taty?- zapytała.
- U mnie w porządku. Po staremu. Jeśli chodzi o ojca, to powinnaś sama go zapytać.- stwierdziłam.
- Nadal się nie dogadaliście?- dopytywała.
- To nie nastąpi nigdy. Ale babciu nie martw się, żyjemy pod jednym dachem dłuższy czas i się nie pozabijaliśmy. Wytrzymam ten niecały rok. I wracam do Monachium.- oznajmiłam.
- Przykro mi. Jesteś tak uparta. Dlaczego nie pójdziecie na jakiś kompromis?- miała racje. Zawsze chcę postawić na swoim. Taka jestem.
- Oj po prostu nie umiemy. Nie ważne. Powiedz co w Monachium?- zmieniłam nie wygodny temat.
- Właśnie skończyłam robić ostatnie konfitury. Sporo tego wyszło. Prześle wam kilka słoików. Kto to zje?- zaśmiała się. ,, kilka słoików" oznaczało zapas na kilka miesięcy.
- Dziadek kocha twoje wyroby, dobrym dżemem nie pogardzi.- uśmiechnęłam się. W słuchawce zapadła głucha cisza.- Babciu, jesteś tam?- zapytałam, pomyślałam, że może połączenie został zerwane.
- Jestem, jestem.- zapewniła mnie- Chodzi i to, że... dziadek ma teraz ścisłą dietę.- zdziwiły mnie jej słowa. Dieta? Z czego miałby się odchudzać...
- Ale po co mu ona?- zaniepokoiłam się.
- Wiesz wnusiu, to nic poważnego. Na prawdę...- mówiła.
- Coś się stało?- przestraszyłam się, nie na żarty.
- Nie chcieliśmy zawracać ci głowy. Masz szkołę. Dużo nauki, to ostatni rok więc...
- Proszę powiedz mi, co z dziadkiem- wtrąciłam.
- Spokojnie wnusiu. Właśnie śpi na fotelu. Znowu zasnął, oglądając wiadomości.- odetchnęłam z ulgą- Dziadek miał niedawno operację. Wrzody na żołądku.
- Dlaczego mi o niczym nie powiedzieliście?- zapytałam zła.
- Uznaliśmy z Romkiem, że tak będzie lepiej.- wyjaśniła
- On o wszystkim wiedział?!- teraz to miałam ochotę w coś uderzyć. Moja rodzina zataja przede mną tak ważne informacje.
- To dla twojego dobra. Nie gniewaj się na nas.- rzekła zciszonym głosem.
- Nie gniewam się. Ale na przyszłość mówcie mi o wszystkim.- zaakcentowałam ostatnie słowo. Nie kryłam urazy do dziadka i babci. Ale ojciec to inna bajka. Szykuje się poważna rozmowa. Porozmawiałam jeszcze jakiś czas z moją kochaną babunią. Po jak zwyle długim pożegnaniu, rozłączyłam się. Nie myśląc ani chwili dłużej, zbiegłam po schodach na dół. W salonie znalazłam ojca z Lisą. Modelka czytała jakiś magazyn, a piłkarz oglądał telewizje. Mężczyzna momentalnie wyłączył odbiornik, i zwrócił sie do mnie:
- Musimy porozmawiać.- ogłosił opanowanie, poprawiając swoją pozycję na fotelu.
- Właśnie chciałam to powiedzieć.- krzywo się uśmiechnęłam.
- Nie będę wam przeszkadzać.- wtrąciła blondynka, po czym skierowała swoje kroki na górę, do sypialni. Cieszyłam się, że nie trzeba było jej uświadamiać, że nie jest mile widziana.
- Usiądz.- poprosił sportowiec. Nie miałam ochty spełniać jego poleceń.
- Dlaczego ukrywałeś przede mną, że dziadek miał operację?!- rzuciłam dość głośno. Na jego twarzy malowało się zdziwienie.- Miałeś w planach mnie z łaski swojej, poinformować?!
- To nie było nic poważnego. Uznałem razem z twoją babcią, że lepiej będzie kiedy powiemy ci, po wszystkim.- oznajmił łagodnie.
- Nie wciskaj mi tu kitu, jak pięcioletniemu dziecku. Operacja. To sam w sobie poważny zabieg. Zawsze może dojść do jakiś komplikacji. Tym bardziej u starszych ludzi.- rzekłam nadal zła.
- Ale wszystko skończyło się dobrze, jak widać. Dziadek jest już w domu, czuje się świetnie...- zaczął wyliczać. Był przekonany, że postąpił dobrze.
- Jak mogłeś zrobić mi coś takiego?! Jak ty byś się czuł na moim miejscu?! No jak?! I co myślisz, że uwierzę w każde twoje słowo, że dziadek jest zdrowy?- wykrzyczała. Zapadła między nami krótka cisza.
- Chciałem cię chronić. Uznałem, że tak będzie lepiej. Teraz widzę, że popełniłem błąd. Ale nikt nie jest idealny. Nie mogłem przewidzieć, że tak zareagujesz.- ogłosił.
- Masz rację, ideałów nie ma. Ale nie wiem, czy zauważyłeś, że ty popełniasz tych błędów bardzo wiele. Najpierw mnie zostawiłeś zaraz po odejściu mamy. Potem cie olśniło i postanowiłeś mnie zabrać. Teraz każesz mi mieszkać z tobą i Lisą. Z dala od osób, na których najbardziej mi zależy. Od miejsc, z którymi mam wiele wspomnień. Później kłamiesz, a na koniec oczekujesz, że wpadne w twoje ramiona i powiem: ,, Tatusiu, kocham cię".- powiedziałam.
- Taka jest twoja perspektywa. Gdybyś tylko zechciała mnie wysłuchać...- westchnął.
- Raczej się tego nie doczekasz.- prychnęłam.
- Jest jeszcze jedna sprawa. Byłem w twojej szkole, w związku z telefonem- zaczął- Wychowawca bardzo chwalił twoje wyniki w nauce. Wie już, że nie potrafisz ugryść się w język, toteż nie robił żadnych wyrzutów za twoje uwagi w dzienniku. Chodził o coś innego. Zajęcia wychowania fizycznego...- wiedziałam już o czym rozmawiali- Nauczyciel twierdzi, że masz wielki talent jeśli chodzi o pozycje bramkarza. Szkoda by było go zmarnować. Bardzi prosił, abym przekonał cię do trenigów ze szkolną drużyną.
- Nie ma takiej opcji. Wystarczy, że na lekcji musimy w to grać.- schowałam dłonie do kieszeni.
- Dlaczego nie chcesz spróbować?- zapytał.
- Nie nawidzę piłki nożnej. Nie będę marnować mojego wolnego czasu na takie coś.- prychnęłam.
- Nawet nie spróbowałaś, może spodobałoby ci się. - zachęcał mnie do zmiany decyzji.
- Mówie, że nie.- uniosłam się- Dajcie mi wszyscy spokój z tym głupim sportem.
- Tak bardzo go nie lubisz?- dopytywał. Wybuchnęłam śmiechem.
- To jak lubić swojego wroga! Przez tą piłkę, dawno temu straciłam ojca.- oznajmiłam.
- Sophie, to nie prawda...- wstał, chcąc mnie objąć.
- Nie dotykaj mnie.- zaparłam się rękoma, i zrobiłam krok do tyłu.
- Spróbujmy zbudować wszystko od nowa.- rzekł.
- Nie ufam ci. Nie chcę. Już to kiedyś mówiłam.- przypomniałam.
- Może zmienisz zdanie. Myślisz, że mama jest szczęśliwa, kiedy patrzy, jak ze sobą wiecznie drzemy koty?- pierwszy raz, chwycił za ten argument.
- Nie wiem. Daj mi spokój.- odsunęłam się na bezpieczny dystans.
- Córciu, dlaczego nie możemy być normalną rodziną?- zapytał.
- Chcesz wiedzieć czemu? Bo nie mam ani matki, ani ojca! Nienawidzę ciebie, jej- staliśmy już w korytarzu, wskazałam ręką w stronę schodów. Miałam na myśli oczywiście Lisę. Wszystkie blokady jakie w sobie miałam puściły- Nienawidzę tego pieprzonego miasta! Czuję się, jak w jakimś więzieniu! Mój dom zawsze będzie w Monachium! Tutaj nic nie jest takie samo. Powinnam być teraz przy dziadku, wspierać go! A ty nie raczyłeś mnie poinformować o jego chorobie. Zataiłeś przede mną wiadomość, o tak ważnym człowieku dla mnie! Jak mogłeś?! I jeszcze twierdzisz, że to dla mojego dobra, jesteś śmieszny!- szybko wskoczyłam w buty i chciałam wyjść tak, jak stałam.
- Poczekaj.- zdążył złapać mnie za rękę.
- Daj mi spokój!- wyrwałam się z jego uścisku, po czym jechałam na swoim rowerze, w stronę skateparku. Byłam wściekła, jak osa. Musiałam wyżyć się na czymś. Jedyną receptą był mój dwukołowiec. Adrenalina powinna pomóc. Nie przeszkadzało mi nawet, że miałam na sobie bluzkę z krótkim rękawem. Na rękąch od razu pojawiła się gęsia skórka. Nic dziwnego. Pogoda nie zachęcała do spacerów, lecz dzięki Bogu nie padało. Wreszcie dotarłam na miejsce. Mimo, że jechałam najszybciej, jak potrafiłam, droga strasznie mi się dłużyła. Wreszcie poczułam ten wiatr we włosach, kiedy podjeżdża się na rampe. Wykonywałam różne akrobacje bez żadnych zabezpieczeń. Nawet o nich nie pomyślałam, kiedy wybiegałam z domu. Aż wkońcu przegiełam. Za bardzo uwierzyłam w swoje możliwości. Upadłam na lewą rękę. Podnisłam się z ziemi, po czym strzepałam piach ze spodni. Nie zauważyłam większych uszkodzeń na ciele, dopuki nie poczułam bólu, właśnie w ręce. W oczy rzucał się wielki siniak. Do tego kończyna puchła. Na pewno nie było to złamanie. Lekkie draśnięcie. Bolało coraz bardziej. Nie było sensu dłużej katować się w skateparku, tym bardziej, że już się zciemniało. Wracałam powoli. Nie śpieszyło mi się. Kiedy zauważyłam już posiadłość piłkarza, przed budynkiem nie widać było pojazdu gospodarza. Za to jego miejsce zajmowało dobrze znane mi auto, należące do Goetzego. Co on tu robił? Miałam w planach cicho przejść do swojego pokoju, ale wiedziałam już, że się nie uda. Przynajmniej ojca nie było w domu. Odstawiłam rower na jego miejsce. Wzdychając, otworzyłam drzwi. Światło w korytarzu się paliło. Nie zdążyłam nawet zdjąć obuwia, kiedy w pomieszczeniu pojawił się Mario.
- Hej.- powiedziałam cicho, chyba złapałam chrypę. Szybko schowałam lewą rękę za plecami. Nie chciałam, aby piłkarz ją dostrzegł.
- Siemka, nie spodziewałaś się mnie?- oparł się o ścianę. Miał na sobie dopasowane, czarne spodnie, szarą koszulkę i do tego dżinsową katanę.
- Nic nie wspominałeś...- wzruszyłam ramionami. Ręka nie dawała o sobie zapomnieć.
- Romek mnie poprosił, żebym wpadł. Musiał jechać przygotować się na jakąś konferencję... Powiedział mi, co się miedzy wami wydarzyło. Martwił się o ciebie, dlatego jestem.- wyszczerzył się.
- Jako mój Anioł Stróż?- rzekłam. Przygryzłam wargę.
- Coś w tym stylu.- stanął już prosto- Co tam chowasz?- zrobił krok w moją stronę. Chodziło mu o moją rękę. To wpadłam.
- Nic, na prawdę...- próbowałam się uśmiechnąć, lecz wyszedł mi marny grymas.
- To pokaż.- rozkazał. Stał na przeciw mnie.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić.- rzuciłam zła. Działał mi na nerwy. Popatrzył chwilę w moje oczy, myślał, że zmięknę. Nie udało się.
- Nie to, nie. Sam sprawdzę.- po tych słowach chwycił za moje przedramię. Nogi się podemną ugieły. Bół się nasilił. Myślałam, że upadnę, lecz Mario szybko zareagował, łapiąc mnie za prawe ramie, chroniąc przed bliskim spotkaniem z podłogą.- Sophie, coś ty sobie zrobiła?!
- To był wypadek.- oznajmiłam, zaciskając usta w wąską linijkę, aby nie krzyknąć z bólu.
- A miałem cie pilnować, żebyś sobie krzywdy nie zrobiła...- pokręcił głową z niedowierzenia.
- Nic mi nie jest przecież. Lekkie draśnięcie.- prychnęłam.
- Możesz mieć ją skręconą albo zwichniętą, jedziemy do szpitala.- zażądził, podając mi moją bluzę z wieszaka.
- No chyba cię boli głowa. Nigdzie się nie ruszam. Wystarczy wziąść jakąś tabletkę....- zaczęłam tłumaczyć.
- Jedziemy. Nie masz nic do powiedzenia.- otworzył szeroko drzwi. Nie zmieniłam swojej pozycji.- Mam cię zaciągnąć siłą?- uniósł brew. Nie chciałam robić scen, toteż pomaszerowałam do wozu. Zajęłam miejsce pasażera. Oparłam głowę o zimną szybę. Jedyne o czym teraz marzyłam to uśmierzenie bólu. Było gorzej niż wcześniej. Mario zasiadł za kierownicą. Sprawnie zmieniał biegi, manewrując po ulicach Dortmundu.
- Przykro mi z powodu twojego dziadka, ale z tego co wiem, ma się już dobrze.- powiedział. Odpowiedziało mu ciche pomrukiwanie silnika.- Nie będziesz się do mnie odzywać?- zapytał.
- Goetze, zamknij się.- rzuciłam oschle.
- O! Po nazwisku... Czyli jest źle, mam się bać, że zaatakujesz?- zaśmiał się. Prychnęłam. Wpatrywałam się w krajobrazy za oknem... zaraz, zaraz.
- Gdzie ty mnie wieziesz? Szpital w drugą stronę.- zauważyłam.
- Mowa wróciła?- uśmiechnął się w moją stronę, zmroziłam go wzrokiem.- Jedziemy do najlepszego szpitala w mieście. Mam tam znajomości. Nie zawiozę cię byle gdzie.- oznajmił, jakby było to zrozumiałe.- Boli?
- Nie.- skłamałam i wróciłam do wcześniejszej czynności, wpatrywania się w jezdnie.
- Jasne...- nie uwierzył w moje słowa. Na tym skończyła się nasza konwersacja. Dotarliśmy do celu. Oczywiście przyjęto mnie bez kolejki, bo jest przy mnie znana gwiazda piłki nożnej. Doktor zbadał moją rękę. Stwierdził, że jest mocno zbita. Dostałam jakąś maść, którą mam stosować kilka razy dziennie. Poprosiłam o środki przeciwbólowe. Wręczono mi pastylkę, którą szybko połknęłam. Na koniec lekarz opatrzył moją rękę, żeby nie straszyła ludzi. Cała wizyta przebiegła sprawnie. Poczułam się zmęczona. Chciało mi się spać. Może to przez te tabletki, ale trzeba przyznać, że ból z czasem ustąpił. Mario musiał wypytać doktora, o mój stan zdrowia. Po jego zapewnieniach, że będę żyć mogliśmy wracać do domu.
- Znam cię już jakiś czas. Jeszcze nigdy nie widziałem, abyś płakała. Nawet dziś, kiedy prawie zemdlałaś z bólu. Jak ty to robisz? Nawet ja czasem nie potrawię się powstrzymać od łez. A podobno chłopaki nie płaczą....- zdziwiła mnie jego wypowiedz.
- Nie wiem z czego to wynika. Chyba zahartowałam się, kiedy byłam mała.- wzruszyłam ostrożnie ramionami, aby nie nadwyrężać lewej ręki- Widocznie, jako dziecko wykorzystałam limit łez, jaki był mi przeznaczony.
- Nie rozumiem, dlaczego jedni mają takie szczęście, a inni zawsze pod górkę...- wyznał.
- Chodzi ci o to, że wychowywałam się bez matki?- dopytałam. Potwierdził, ruchem głowy.- Tego chyba nikt nie wie. I raczej sie nie dowiemy... - nic więcej nie powiedziałam. Każde z nas, pogrążyło się w swoich myślach. Wreszcie brunet zaparkował auto przed moim domem. Czym prędzej weszłam do korytarza, zdejmując buty. I już mogłam stanąć w swojej sypialni. Rzuciłam maść przepisaną prze lekarza, na biurko. Wpatrywałam się w okno, patrząc na niebo. Myślałam o mamie. Dlaczego odeszła tak szybko? Nawet jej nie pamiętam. Znam tylko ze zdjęć. Mimo to, tęskniłam za nią. Wydawało mi się, że dawno pogodziłam się z jej odejściem. Ale to chyba nigdy nie nastąpi. Z letargu wyrwało mnie pukanie do drzwi. Po chwili w wejściu widziałam już młodego piłkarza. Nic nie mówił. Patrzył na mnie z troską. Podeszłam do niego i przytuliłam go. Odwzajemnił mój uścisk, mimo tylu nie miłych rzeczy, jakie mu dziś powiedziałam. Nie chciałam go puszczać. Mogłabym tak stać całą noc.
- Chodz położysz się, jesteś zmęczona.- wyszeptał do mojego ucha. Posłuchałam go bez wachania.
- Mario, zostaniesz na chwilę, proszę.- potrzebowałam jego bliskości.
- Pewnie.- uniosł lekko kąciki ust do góry. Ułżyłam się wygodnie na łóżku, a brunet zaraz przy mnie. Leżałam na jego ramieniu. Mario złapał moją zdrową dłoń i splótł swoje palce, z moimi. Czułam jego perfum. Polubiłam ten zapach.
- Mario, dlaczego to robisz? Dlaczego jesteś przy mnie?- zapytałam lekko zachrypnięta.
- Bo przyjaciel to taka osoba, która zrobi wszystko, aby wyciągnąć cię z najgłębszego dołu.- wyszeptał, po czym złożył pocałunek na moim czole.- Śpij już. Dobranoc.- zaskoczył mnie tymi słowami. Strasznie żałowałam, jak go potraktowałam. Nie powinnam mieć wokół siebie tylu wspaniałych osób. Przymknęłam oczy. Czułam jak, klatka piersiowa mojego przyjaciela unosi się i opada. Był przy mnie, kiedy go potrzebowałam. Nie wiem, jak się mu odwdzięczę. Na pewno będzie trudno. Ale czy to co do niego czuję, to tylko przyjaźń? A może coś więcej? Skąd mam wiedzieć, skoro nigdy się nie zakochałam?


*****
Nie mogłam zabrać się za napisanie tego rozdziału. Miałam go cały czas w głowie, ale trudniej z przelaniem na papier. Wkońcu się udało. Co o nim sądzicie? Podoba się? Nie wiem, jak u was, ale ja mam wrażenie, że ktoś ukradł mi miesiąc wakacji... Ale zamierzam z tych ostatnich dni czerpać, jak najwięcej. Dzisiaj ogladałam mecz naszej Borussii. 4:1... szkoda tej jednej bramki, ale wygraliśmy i to wysoko. No właśnie! I mamy wielki come back! Reus powrócił! Co prawda nie zagrał pełnych 90 minut, ale uważam, że było by to przesadą po takiej przerwie. I z opaską kapitana mu do twarzy :D nie mogę uwierzyć, że to ostatni sezon Kehla... On idealnie pasuje w BVB. Będzie mi go brakować. Pozostaje się jedynie cieszyć, że postwnowił zakończyć kariere właśnie w Dortmundzie... Dziękuję za komentarze pod ostatnim rozdziałem, pewnie będziecie niezadowolone z zachowania Sophie, znowu kłótnie z ojcem... Ale tak miało być :D ponownie pojawia się postać Goetzego... Myślę, że to akurat was zadowoli :) pozdrawiam :*